Kategorie
Bez kategorii

Apocalyptica – Cell-0 (2020)

Fińskich pionierów gry muzyki metalowej na wiolonczelach przedstawiać chyba nie muszę. Apocalyptica, stworzona przez trio wybitnie uzdolnionych muzyków, reszta była w sumie muzykami koncertowymi, no może poza obecnym perkusistą Mikko Siré nem. Tak czy inaczej, po dość długiej przerwie, grupa wydała swój dziewiąty album zatytułowany Cell- 0, wydany 10 stycznia 2020 roku wydany przez Silver Lining Music. Czy po wydawnictwach pełnych gości oraz wokalistów doczekałem się całkowicie instrumentalnego albumu? Czy warto było czekać? Nie słuchając tej płyty, nie będę w stanie, podzielić się swoimi odczuciami, więc nie mam wyboru, a raczej sam nie chcę go mieć.

Już otwierający Ashes Of The Modern World od samego początku jest ekspresyjny. Łatwo to usłyszeć po zarówno blastach jak i innych partiach perkusyjnych. Dokładając do tego, jeszcze w tym samym czasie, uzupełniającą kompletnie, bo odpowiednio dynamiczną wiolonczelę prowadzącą. Potem następuje idealne wyciszenie oraz budowanie napięcia poprzez genialną marszówkę. Dynamika wraz z ekspresją w postaci wszystkich trzech wiolonczel, raczących mnie przynajmniej dwoma solówkami, nie zawodzi. Wręcz przeciwnie pozytywnie zaskakuje.

Tytułowy Cell-0 znowu umiejętnie dawkuje mi emocje, chociażby poprzez pojedyncze partie wiolonczel właśnie. Interesującym jest dla mnie fragment kiedy to dwie wiolonczele grają na przemian z perkusją, a trzecia leci w tle. Oprócz tego brzmienie ich wszystkich jak gitar elektrycznych robi na mnie ogromne wrażenie.

Rise jest natomiast spokojniejszy. Wplecione są też w nim drobne dźwięki umiejętnego programowania Ericca, co udowadnia, iż, nie boi się on poszukiwań. Identyczne wrażenia mam po En Route To Mayhem. Choć ten utwór bardzo mi przypomina Path jak i Hope z albumu Cult, wydanego równo dwie dekady przed Cello-0. Lecz jak na artystę przystało, Ericca dał swoim dziełom po prostu drugie życie, przynajmniej dla mnie.

Call My Name to zupełnie inna muzyczna historia. Co jest kolejnym pozytywnym zaskoczeniem. Brzmi bardzo dramatycznie, potem starając się budować napięcie, choć popisy instrumentalne są tu zdecydowanie uboższe. Natomiast w Fire and Ice mamy do czynienia z jedynym gościem na tej płycie, Troyem Donockleyem, znanym z grupy Nightwish. Jego instrumenty dodały tej kompozycji iście folkowego brzmienia, a łącząc to z partiami wiolonczel oraz później bardzo dramatycznymi przejściami wykonanymi wzorowo przez Micco. Otrzymaliśmy opowieść lodu i ognia rodem z Gry o Tron. Tak czy inaczej, w obu jak dotychczas Perttu spisał się na medal. Scream For The Silent to prawdziwy debiut kompozytorski Micco Siréna. Szczerze? Spodziewałem się totalnej klapy, lecz nie było aż tak źle. Nie jest, to może kompozycja doskonała, lecz nie dość, że da się jej posłuchać, to jeszcze chce się do niej wracać. Może przez szeroko wyeksponowane popisy umiejętności Micco? Zapewne tak. Oby nie poprzestał na jednej kompozycji.

Przedostatni Catharsis autorstwa Ericca-i ma iście oczyszczający charakter. Poważnie. Dobitnie podkreślają to partie fortepianu połączone idealnie z ekspresyjnie, a jednocześnie smutnie brzmiącymi wiolonczelami oraz bardziej skomplikowanymi przejściami perkusyjnymi. Zamykający płytę Beyond The Stars autorstwa Perttu jest natomiast bardziej żywiołowy. Choć wreszcie od połowy, można poczuć się faktycznie pośród owych gwiazd. Tu też fortepian został wykorzystany po mistrzowsku. Zwłaszcza te gwieździście brzmiące stample. Krótka przytłumiona, ale jednak deklamacja, której się też nie spodziewałem, okazała się istną wisienką na torcie.

Jeśli chodzi o tak zwane podsumowanie, po 17 latach Apocalyptica stworzyła tak samo dobry i zapewne ponad czasowy album jak Reflections z 2003 roku. Nie brak bowiem w Cell-0 niczego. Napisanie poszczególnych utworów przez wszystkich członków grupy? Proszę bardzo. Oddanie indywidualnego charakteru kompozycji przez poszczególnych autorów? Jak najbardziej. Dodanie niespodziewanych przez nikogo instrumentów do brzmienia zespołu? Proszę bardzo. To wszystko sprawia, że, Cello-0 jak dla mnie stał się nowym opus magnum tej grupy. Zaraz obok wymienionego już przeze mnie Reflections. Nie ma na nim bowiem żadnego coveru, a goszczący w Fire & Ice Troy Donockley nie jest wokalistą, a muli instrumentalistą, co dla mnie było najważniejsze. Jeszcze jedną zaletą jest to, iż pomimo poszczególne utwory mają, innych autorów pasują do siebie idealnie. Od siebie dodam też, że nowe utwory brzmią na żywo fenomenalnie, miałem bowiem okazje ich posłuchać kiedy to w Warszawie Apocalyptica pełniła rolę supportu podczas jedynego koncertu Sabatonu, jednak zapowiedziała samodzielną trasę koncertową, której również nie mogę się doczekać. Cello-0 jest istnym arcydziełem. Kto nie zna, niech żałuje i nie mówi, że wiolonczela jest instrumentem pozbawionym mroku. Dopiero jak posłucha tego genialnego albumu, niech się wypowie na ten temat.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Ozzy Osbourne – Ordinary Man (2020)

Legendy w postaci Ozzy- iego Osbournena przedstawiać chyba nie muszę. Po mimo 71 lat muzyk nie powiedział ostatniego słowa, wydając 21 lutego 2020 roku jedynasty już w swojej karierze solowy album zatytułowany Ordinary Man wydany przez Epic Records. Czy pomimo już leciwego jednak wieku Ozzy jest jeszcze w stanie pokazać światu, że coś jeszcze potrafi? Osobiście jestem tego bardzo ciekaw. Czy Ordinary Man okaże się zwykłym albumem? Jest tylko jedna droga ku temu, aby się o tym przekonać.

Otwierający Straight To Hell i początkowa krótka partia chóru wraz z genialnym rock’n rollowym riffem już sprawia, że, mam wrażenie, że będzie dobrze. Podtrzymuje je również bardzo wyraźny bas, dodatkowo dobrze dobrane partie perkusji. Oczywistością jest też unikatowy wokal mistrza oraz bardzo dobra gitarowa solówka na koniec. Nie bez przyczyny został drugim singlem. All My Life rozpoczynający się nastrojowo, nie jest wcale gorszy. Bardzo przypominający mi trochę Mama, I’m Coming Home. Tu też solówki gitarowe są niczego sobie, nieburzące zbudowanego wcześniej nastroju. Goodbye natomiast otwiera bardzo mroczna, a jednocześnie trochę niezrozumiała deklamacja zakończona diabelskim śmiechem. Brzmienie instrumentów pomimo braku zmiany charakteru, też jest równie mroczne, przynajmniej dla mnie. Jednak w pewnym momencie mrok znika, gitary zostają przytłumione, potem następuje piekielnie dobra solówka, dająca tej kompozycji potrzebnego pazura a mi energii.

Tytułowy Ordinary Man będący owocem współpracy Ozzy – iego z kolejną legendą, czyli Eltonem Johem, jest unikatowy sam w sobie. Duet tych dwóch legend jest naprawdę genialny w odbiorze. Dodając do tego osobiste przesłanie, mam przeczucie, iż Ozzy świadomie napisał ten utwór, jako osobiste pożegnanie, bo jednak ma już swoje lata. Za każdym razem, a dokładnie pięć, płakałem jak bóbr. Tutaj natomiast znajduje się też jak dla mnie najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Nie bez powodu został on też trzecim singlem promującym owy krążek.

Under The Graveyard będący pierwszym singlem promującym. Ma też wiele nawiązań do śmierci, i choć samotnej śmierci, jaka według Ozzy- iego nas wszystkich czeka, spotkamy się potem z najbliższymi lub też będziemy na ich czekać. Muzycznie jest równie genialnie, no i tu najbardziej intensywna solówka gitarowa na tej płycie.

Organki na Eat Me przypomniały mi od razu o Black Sabbath. O takich klasykach jak, chociażby The Wizard. Znowu dla miłej odmiany nie brakuje czystej hardrockowo – metalowej energii. Nie jest to już jednak najwyższy poziom, jest to dobry utwór, lecz oprócz wzbudzenia sentymentu, nie wywołał u mnie zachwytu. Z Today Is The End mam dokładnie tak samo. Choć tu żadnych inspiracji z przeszłości nie usłyszałem. Nawet niezła solówka oraz fortepian, nie pomogły. Choć same w sobie nie są złe.

Scary Little Green Men po nastrojowym wstępie, daje przysłowiowego hardrockowego kopa, aby później znowu przy pomocy marszówki znowu budować opadłe napięcie. Tu też gitarowa basowa miała krótki, lecz dobry popis. Do tego końcowe głosy w tle, też zrobiły swoje. Holy For Tonight poprzez znowu spokojniejszy, nawet lekko doomowy wstęp, pozwala mi odpocząć. Co jest kolejnym atutem tej kompozycji. Co ciekawe nie przeszkadza mi tu nawet liryczne nawiązanie do Boga. Na przedostatnim It’s A Raid gości raper Post Malone, którego osobistych dokonań nie znam. Jednak śpiewając na zmianę z Ozzy-iem, o dziwo wyszło mu to więcej niż znośnie. Instrumentalnie też jest niczego sobie. Poza tym krótki fragment, w którym Post rapuje, też mu wyszedł. Na zamykającym Take What You Want znowu oprócz Posta Malone, gości drugi raper Travis Scott. Przy mocno elektroniczno – dupstepowym tle rapuje też całkiem dobrze, tak samo jak Post. Choć ten audiotune jeden z nich mógł sobie darować, serio. Samego Ozzy-iego też pierwszy raz słyszałem rapującego. Dziwnym doznaniem muzycznych jest też słuchać dobrej solówki gitarowej do dup-stepowego tła, które jednak finalnie potęguje wrażenie, jakbym wpadał w jakąś otchłań.

Tak czy inaczej. Ta płyta jest istną kopalnią pojedynczych arcydzieł takich jak Straight To Hell, Ordinary Man, Under The Graveyard, Scary Little Green Men czy mocno eksperymentalnego Take What You Want. To są również moje ulubione utwory z tego albumu, który pomimo z pozoru zwykłego człowieka, został stworzony przez niezwykłą ikonę – Ozzy-iego Osbourne, który udowodnił, że pomimo zakończenia działalności zespołu Black Sabbath, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nawet jeśli, oczywiście odpukać, bo ze zdrowiem u niego niestety nie najlepiej ostatnio, miałby był to ostatni album, to zasługuje na mistrzowskie podsumowanie jego osobistych dokonań jako muzyka. Jak dla mnie słucha się tego krążka, z zapartym tchem, pomimo nie wszystkie kompozycje zwalają z nóg. Jednak w głębi serca liczę, że zdrowie będzie dla Ozzyiego o tyle łaskawe, że pozwoli mu doprowadzić do skutku zapowiedziane koncerty w Europie, których supportem mają być sami tytani heavy metalu, czyli Judas Priest.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Megadeath – Endgame (2009)

Megadeath – któż nie słyszał, jakiegokolwiek z utworów czy albumów, tego zespołu. Założonego przez Dave Mustaine z powodu wyrzucenia go z szeregów zespołu Metallica. To sprawiło, iż powstał mocny konkurent dla Metallica(y). Tak czy inaczej, powróciłem do twórczości Dave, po dość długiej przerwie, a powodem ku temu był koncert Judas Priest, którego supportem okazał się właśnie owy Megadeath. Ja podzielę się swoimi wrażeniami, co do płyty, dzięki której miałem okazję, bardziej się do tej grupy przekonać. Czy coś uległo zmianie? Czy dwunasty album Megadeath, wydany 11 września 2009 roku, zatytułowany Endgame, nadal po 11 latach jest dla mnie ,,tym właściwym” po reaktywacji zespołu, która nastąpiła w 2002 roku? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. Trzeba go posłuchać.

Dużej ilości dynamiki tak jak kiedyś, dalej nie brakuje od samego początku krążka. Mam tu na myśli oczywiście krótki Dialectic Chaos, który dostarcza jedną z chyba najszybszych solówek gitarowych na tej płycie. This Day We Fight! tak naprawdę utrzymuje tempo, choć trzy krótsze solówki, wpadają i wylatują. Wokal Dave natomiast nadal jest dobry. Natomiast jeśli chodzi o 44 Minutes, riff otwierający jest bardzo dobry, do tego jeszcze ta przemowa przez głośnik. Idealnie jest też dobrana krótka deklamacja, zrobiła ona swoje. 1,320 tak jak kiedyś nie jest zły, lecz też nie za bardzo wybitny. Na Bite the Hand jest trochę więcej przejść i zmian tempa. Choć końcowa solówka z trzech, robi najlepsze wrażenie. Natomiast na Bodies wyraźniej można usłyszeć partie basu. Oprócz tego jes w tym utworze pewnego rodzaju nadmiar energii przynajmniej w moim odczuciu.

W tytułowym Endgame znowu pojawia się ten motyw głosu przemawiającego przez głośnik, przez to znowu Dave bardziej w tym utworze przemawia, niż śpiewa. Słychać niby dalej odpowiednie riffy oraz perkusję, ale jakimś cudem przestałem je odbierać jako bardzo szybkie. Ósmy The Hardest Part of Letting Go…Sealed With a Kiss zaczyna się jak ballada, lecz w połowie tempo ulega zmianie, to wreszcie wyprowadza mnie z pewnego rodzaju letargu, w jakim byłem. Choć pomimo owej zmiany pewnego rodzaju klimat pozostał, podkreśliła to dobitnie marszówka i partia gitary akustycznej. No i wreszcie znowu powrót do tego, za co polubiłem Dialectic Chaos. Gdyż Head Crusher dobitnie i całkowicie mnie wybudził. Na nim jest bowiem według mnie druga najszybsza solówka gitarowa na tym albumie. Pozostałe How the Story Ends oraz The Right to Go Insane są dobre, ale też niewybitne. Utrzymują znowu odpowiedni energetyczny ton, dostarczając przy tym kolejnych dwóch dobrych solówek.

Jednak zastąpiła pewna zmiana jeśli chodzi o ten album. Jak dla mnie Endgame nie jest już aż tak dobrym albumem, jak kiedyś. Z ośmiu ulubionych kompozycji, pozostały trzy. Mam tu nam myśli Dialectic Chaos, 44 Minutes oraz Head Crusher. Zapewne też po jedenastu latach, kiedy to przez parę dobrym miesięcy od premiery, miałem ten album w swoim odtwarzaczu, miała na to wpływ też owa przerwa. Tak czy inaczej, jestem odrobinę rozczarowany faktem, iż w przypadku tej płyty, czas zadziałał na jej niekorzyść. Sprawiając, iż, stała się dla mnie przeciętną, z tylko trzema wyżej wymienionymi utworami, do których może kiedyś znowu powrócę. Tak jak i sam nie wiem, czy powrócę do Megadeth. Czas pokaże. Choć balansowanie między heavy a thrash metalem daje im ode mnie pewnego rodzaju szansę, bo w przeciwieństwie do odcinającej kuponów na podstawie swojej legendy grupy Metallica, Dave, chociażby zawieszeniem działalności udowodnił, że jest ze swoimi fanami szczery.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Aenimus – Dreamcatcher (2019)

Jeśli chodzi o Szwecję, to szukając kolejnej odskoczni od prostoty, natrafiłem na zespół Aenimus. Okazuje się, że całkiem nie dawno, bo 22 lutego 2019 roku wydali dzięki Nuclear Blast, swój najnowszy album zatytułowany Deamcatcher. Sam jestem ciekaw czy po sześciu latach przerwy, kiedy ze dwa razy miałem okazje posłuchać ich ostatniego albumu, w jakiś sposób mnie zaskoczą? Pozytywnie czy też negatywnie? Tylko w jeden sposób można się o tym przekonać.

Before the Eons zaczyna się bardzo intensywnie. Choć z typowym death metalem wspólnego do za wiele nie ma, już prędzej z deathcorem. Dobre przejścia oraz corowe riffy. Dobrze chociaż ze wokal to growl połączony ze screamem. Eternal to natomiast inna sprawa. Tu mamy do czynienia już z bardziej mrocznym klimatem, który podkreślają oparte na basie riffy. Wszystko brzmiało naprawdę dobrze ,ale czysty pseudo wokal któregoś z gości to skutecznie zepsuł. Zamiast genialnej kompozycji została zaledwie dobra. Nawet solówka tutaj nie pomogła. W The Ritual ten klimat jest bardziej podkreślony, do tego dobra wreszcie solówka gitarowa. Lecz ten elektroniczno-symfoniczny przerywnik z kolejną solówką, a potem sama symfonia? Interesująca rzecz. My Becoming jako bonus nic odkrywczego poza dużą ilością corowych brzmień nie wnosi. Natomiast The Dark Triad oraz nieco dłuższy Between Iron and Silver, samą bardziej złożoną strukturą się bronią. Choć w Between Iron and Silver ten czysty ,gościnny” wokal był znowu niepotrzebny. Serio.

Potem znowu corowy The Overlook, w którym jednak te perkusyjne przejścia są więcej niż przeciętne. Dobre trzy różne solówki też tam słyszę. Drugi bonus Caretaker też jakoś nie zachwyca. Kontynuacja poprzedniego utworu tylko z innym tekstem, tylko po co jest w nim na samym końcu partia czystego fortepianu? Pewnie jako wprowadzenie do następnej kompozycji. Bo na Second Sight słychać fortepian również. No i znowu jest przeciętnie. Wokal ze screamem daje radę, choć tu solówka gitarowa daje radę. Przedostatni Day Zero sprawił, że już się totalnie nudziłem. Bez istnego szału. Zmykający ten krążek tytułowy instrumentalny Dreamcatcher swoją funkcję niby spełnił, ale też nie na najwyższym poziomie.

Po prostu nie wierzę w to, co słyszę. Tak jak jeszcze poprzedni album Transcend Realitybył więcej niż dobry, liczyłem, że następca będzie lepszy. Jednak Dreamcatcher w dość mizerny, lecz trochę skuteczny sposób, przed całkowitą kompromitacją się obronił za pomocą jednak progresywnych utworów takich jak The Ritual,The Dark Triad oraz Between Iron and Silver. Choć jeśli na tym ostatnim nie byłoby czystego wokalu, efekt okazałby się lepszy i pewnie zamierzony. Ogólnie album nie przyprawił mnie o zawał, lecz w dużej mierze dzięki różnorodności solówek gitarowych. Kolejną też kwestią są bonusy, które na to miano wcale w moich uszach nie zasługują. Tak czy inaczej, Dreamcatcher nie okazał się snem, bardziej koszmarem, a muzyka wraz z tekstami nie przyprawiła mnie też ani dreszcz grozy. Kolejne rozczarowanie zatem, jeśli lubicie ryzyko, to je podejmijcie, dla mnie ten album, był jednorazowym, do którego wracać nie zamierzam.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Jinjer – Micro oraz Macro (2019)

Mało kto dziś nie zna ukraińskiej grupy Jinjer. Kiedyś byli totalnym undergroundem, dziś są mainstreamem deathcoru progresywnego. Czy to dobrze? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Ja wraz z Danem (będący z pochodzenia Litwinem i mieszkającym na co dzień w Londynie) zajmę się ich dwoma najnowszymi krążkami. Najpierw mini albumem zatytułowanym Micro, wydanym przez Napalm Records 11 stycznia 2019 roku. Potem natomiast pełnometrażowym albumem zatytułowanym dla,odmiany” bardzo ,,oryginalnie” – Macro, też wydanym przez Napalam Records, ale 25 października 2019 roku. Dla jasności Jinjer jest mi znany od czasu ich debiutu z 2013 roku. Ciekawe jak mnie zaskoczą ich oba albumy. Natomiast Dan zna Jinjer tak od półtora roku. Sam też się podzieli swoimi spostrzeżeniami, bo czekał również na te płyty. Zatem pierwszą międzynarodową wymianę zdań czas zacząć.

Micro (2019) – Mała rozgrzewka przed burzą?

Kacper ,,Relevart” : Otwierający Ape to solidne uderzenie w twarz. Wyraźny bas ze zmieniającą się perkusją oraz wokalem Tatiany. Do tego jeszcze rapująca. Jak na razie powalony nie zostałem. Dreadful Moments ma więcej lepszych przejść, co mnie cieszy. No i intensywniejszą końcówkę, mam tu na myśli perkusję. Jest tu po prostu więcej groovu, a to pozbawia nudy. Teacher, Teacher to znowu popis jednakowo instrumentalny. Mam tu na myśli udaną fuzję gitar podczas przejściowych partii perkusyjnych. Tatiana jak zwykle jest sobą i nie wykonuje tylko jednej partii wokalnej. Uspokojenie dynamicznego tempa tego utworu zrobiło też swoje. Sprawiając zwyczajnie, iż go polubiłem. Zwłaszcza iż potem owa dynamika powróciła. Przedostatni Perennial natomiast czterech liter mi nie urwał. Dobra dawka energii i tyle, z przewidywalnym już uspokojeniem pod koniec. Ostatni tytułowy Mickro to jak dla mnie to tylko spokojne popisy gitar, w tym głównie basowej. Czy mnie w tej Epkę Jinjer zaskoczył? Szczerze mówiąc, nie, owy mini album okazał się dla mnie dość przewidywalny, ale dostarczył mi jeden nowy ulubiony utwór Teacher, Teacher. Poziom, który w tej grupie lubię, został utrzymany, choć liczyłem na zdecydowanie więcej. Szkoda.

6/10

Dan: Pierwszą rzeczą, którą zobaczysz, kiedy wpiszesz Jinjer, to bardzo ładną wokalistkę oraz zetkniesz się z wysoką jakością teledysków. Co jednak najważniejsze to dobrze skomponowany metal. Jeśli to jest 2015 rok, byłbym niemową. Jednak niestety mamy 2020 i już to wszystko kiedyś słyszałem. Kiedy za każdym razem słucham mini albumu Micro, słyszę utalentowany zespół, robiący nowy materiał w pośpiechu. Robili to wcześniej, słyszałem to wcześniej, ale chciałem usłyszeć coś więcej, coś innego, bardziej innowacyjnego, a nie znane patenty z albumu King of Everything, jak w Ape, Teacher, Teacher czy Perennial. Większość metali, którzy nie są z corowymi odmianami za pan brat, zna Jinjer z utworu Pisces, który wprawił ich w zachwyt. Dał świeży powiew innowacji, jeśli o mnie chodzi po tym mini albumie, spodziewałem się tego samego efektu. Totalnego zachwytu. Jednak w ostateczności dali mi trzy utwory, które umieszczę na swojej playliście, jednak najprawdopodobniej po paru odtworzeniach je po prostu wyrzucę.

6/10

Macro (2019) Jak undergraund spotyka się z mainstreamem – coru

Kacper ,,Relevart”: Rozgrzany Epką Micro słucham pierwszego On the Top, z longplaya Macro i co? I nic. Nie wywołuje u mnie wybuchu zachwytu. Solidne granie, ale bez petard. Dobre corowe riffy i wokal Tatiany. Pit of Consciousness jest natomiast bardziej deathowy oraz progresywny, przez zmiany temp. Lecz mój puls nadal nie przyśpieszył. Moją uwagę bardziej przykuł mocno eksperymentalny Judgement (&Punishment). Wrzucić elementy reggae do progresywnego już deathcoru? Jinjer na to: ,,Weście potrzymajcie nam piwo”.

Jak brzmi ta mikstura reggae, djentu i deathcoru? O dziwo jak osobiście nie znoszę reggae, bo nie wiedzieć czemu po 15 minutach wywołuje u mnie agresję, tak w przypadku tego konkretnego utworu jest więcej niż znośna. Zawsze jakaś odmiana. Coś innego, choć nic wyjątkowego.

Potem jest Retrospection. Rozpoczynający się po rosyjsku, potem przechodzi na język angielski. Muzycznie jest bardzo deathowocorowy, choć elementy progresji nadal w nim są. Kończy się bardzo intensywnymi partiami perkusji. Pausing Death oraz Noah niczym szczególnym na pierwszy rzut nie zaskakuje. Bardzo przypominają Teacher, Teacher oraz Perennial z Epki Mickro. Choć Noah za drugim czy trzecim przesłuchaniem jest bardziej dynamiczny. Poza tym do tego jeszcze bardziej przebojowy. Home Back jest trochę przekombinowany, chociażby przez perkusję. Przez zwolnione nieco tempo, a potem już całkowite zamulanie, nudzi mnie. Na sam koniec może i jest dynamika ale co z tego jeśli ja jej nie czuję. Przedostatni The Prophecy wywołuje u mnie już efekt zmęczenia materiału. Ostatni IainnereP również. Choć IainnereP jest bardziej spokojny, partie fortepianu sprawiły, że niemalże usnąłem.

Krótko mówiąc, longplay Macro jest bardzo różnorodny. Są na nim utwory typowe dla Jinjer. Jak chociażby single On the Top, Pit of Consciousness, Pausing Death, Home Back czy The Prophecy. Lecz są też bardziej progresywne a przez to innowacyjne kompozycje, takie jak Judgement (&Punishment), Noah czy ostatni IainnereP. Mimo tego ta płyta jest tak spójna, iż utwory puszczone w złej kolejności, zepsują wszystko. Tak samo spójny jest też mini album Micro, który chyba miał być przedsmakiem wrażeń czekających fanów Jinjer na pełnometrażowym Macro. Jeśli tak to Jinjer wykonał kawał dobrej solidnej roboty, choć Epka mogła być odrobinę lepsza. Ja z każdej z dwóch części płyty znalazłem swoich ulubieńców. Czyli Pit of Consciousness, Noah, Judgement (&Punishment) oraz zamykający IainnereP. Mini album Micro był totalnie przewidywalny, a płyta Macro dla mnie jako fana Jinjer, okazała się dobra, choć nie genialna. Tak więc oba wydawnictwa Jinjer, dostarczyły energii, dodały odrobiny innowacji w jego dorobku, lecz mnie jako fana na kolana nie powaliły, oj nie powaliły. Po dobrej rozgrzewce owa , ,,burza” która nadeszła, nie okazała się wyjątkowa, za mało piorunów, za mało tej dzikości.

6,5/10

Dan: Rozpoczynający album On the Top nie jest dla mnie niczym specjalnym. Jak wspomniałem, opisując „Micro”, słyszałem to już kiedyś. Słuchając Pit of Consciousness jedyną rzeczą w tej kompozycji, która była dla mnie interesująca, były normalne partie wokalne Tatiany. Tylko jej wokal uchronił mnie przed wcześniejszym wyłączeniem tego utworu. Rozpoczynając, Judgement (&Punishment) zaskoczony byłem, słysząc kobiecą wersję Radio/Video z repertuaru System of a Down. Na samym końcu utworu uszy doznały mocnego wstrząsu anafilaktycznego. Udam, że nie słyszałem rzekomo innowacyjnego połączenia reaggae z deathcorem. Bałem się, że Kacper dostanie nerwicy, jak zwykle ma po reaggae, o dziwo nie dostał, może dlatego, że był to kobiecy wokal. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Początek Retrospection jest dla mnie jak wisienka na torcie. Bardzo orzeźwiający, zwłaszcza rosyjski twist. Zrobił on na mnie największe wrażenie, w porównaniu do wcześniejszych utworów. Rozbudził znowu moją ciekawość.

Przeciwieństwem okazała się dla mnie Pausing Death, przy którym niemalże zasnąłem. Nie pamiętając nic, gdyż nie był tego wart. Kiedy zacząłem słuchać Noah z Kacprem, obu nam zachciało się headbangingu. Jest bardzo przebojowa oraz bardziej progresywna, słuchałem jej bez większych oporów, zapewne nie raz zagości na mojej playliście. Po pierwszych dwudziestu ośmiu sekundach Home Back liczyłem na kolejny dobry breakdown do headbangingu, jednak Jinjer mocno przekombinował tym razem, dając ciała po całości. Nieładnie Jinjer, nie ładnie. W The Prophecy występują bardziej interesujące elementy, nadające mu większą przebojowość, co sprawia, że słucham go ze zdecydowanie większą przyjemnością. Jest moją ulubioną kompozycją z całego albumu. Zamykająca album IainnereP przypomina mi Skin Ticket z repertuaru Slipknot. Bardzo mroczny a przez to intrygujący, umiejętnie budujący napięcie. Drugi mój ulubiony kawałek jeśli chodzi o cały album Macro. Ta kompozycja spowodowała, że można się spodziewać czegoś więcej od Jinjer, że czegoś specjalnie nie dokończyli. Na koniec powiem, iż, trzecim ulubionym utworem z albumu Macro, zdecydowanie jest i będzie Retrospection. Pozostałe kompozycje były dobre, ale nie na tyle intrygujące, zwłaszcza Judgement (&Punishment). Udam, że nie nie słyszałem tej kompozycji.

Oj Jinjer zawiedliście mnie, dobrzy za czasów undergraundu, jak to Kacper wspominał, a jak przyszedł mainstream to zawód na całej linii i rozpoczęcie odcinania kuponów.

7/10

Kategorie
Bez kategorii

WERVOLF – BLUT UND SCHMERZ (2007)

WERVOLF, nazwa, która sama w sobie jest marką i gwarancją jakości. Kto nie zna niech, padnie na kolana i błaga o wybaczenie. Istny tytan podziemia, jednoosobowa horda najczystszego zniszczenia prosto z USA, której wasze ulubione zespoły black metalowe mogą buty czyścić. Co oznacza WERVOLF? BLACK METAL, ale nie bezduszną, nudną aż do pochlastania się, monotonię, Darkthrone czy Burzum, lecz BLACK METAL! Uwarzona w szatańskim kotle mikstura Black/Speed/Thrashu i NWOBHM, doprawiona wpływami takich zasłużonych formacji jak Celtic Frost, Venom, Bathory, Carnivore, Satanic Warmaster czy Carnifex. Nie jest to jednak bezmyślny worship czy zżynanie już znanych chwytów i zagrywek, a proces transformacji, inspiracji, moment spojrzenia na ewolucję black metalu jako gatunku, i stwierdzenia: „Zrobię to lepiej”.

Gitary w Wervolf niszczą, miażdżą, i nie biorą jeńców. Frost jest w mojej opinii jednym z najlepszych w swoim fachu, ma on niesamowite zdolności zarówno kompozycyjne, jak i wykonawcze. Gitary przekazują nam furię, smutek, przerażenie, gniew i bezsilność, jednak nad wszystkim tym panuje i dominuje duma. Wynikająca ze zdawania sobie sprawy z własnej wartości i zdolności. Wokale idealnie pasują do stylu muzyki, szarpane, ostre szczęknięcia przywodzące na myśli wygłodniałego ogara wojennego, na przemian z wyjącymi płaczami udręczonych banshee, umiejętnie podkreślają teksty i muzykę, bez jaki znaczenia nastrój próbuje wywołać poszczególny kawałek na tym wyjątkowym krążku. Bębny istnieją, by stopniowo wgnieść resztki twojej czaszki w ziemię, i ułatwić przejazd niesamowitym partiom gitarowym i solówkom, i wywiązują się z tego zadania ponad normę. I gdy już przyswoisz wszystkie te informacje, raz jeszcze przypomnij sobie, że wszystkiego tego dokonała jedna osoba, od tekstów, przez wszystkie instrumenty i wokale, aż po artwork i dystrybucję. A ty czego dzisiaj dokonałeś dla szatana, pozerze?

Jedyny powód, dla którego Wervolf, nie jest znany, chociażby w promilu stopnia, na jaki zasługuje, to fakt pozostania wiernym założeniom piwnicznego black metalu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Jest to pierwszy i jedyny longplej zespołu, wydany jedynie w nakładzie 50 kopii. Poprzednie dokonania zespołu pozostają tak samo lub nawet bardziej obskurne, wydawane na kasetach w nakładach między 5 a 20 sztuk. Dlatego też dziś jest wasz szczęśliwy dzień, jako iż Frost jest z bardzo dobrym znajomym mojego znajomego. Dzięki niemu posiadam dużo dzieł Wervolf i innych jego projektów, którymi chętnie się podzielę (Ba, przez chwilę mój znajomy miał garażową wytwórnię, która wypuszczała tylko jego muzykę, taki ziomek jest produktywny!). E-mail kontaktowy do tego mojego znajomego znajdziecie na końcu recenzji.

Przechodząc do samej zawartości albumu, mamy tu do czynienia ze swoistym skatalogowaniem. Album składa się w całości z nowego materiału, którego nie znajdziemy na poprzednich wydawnictwach (oprócz singla „Cutting”, ale to przypadek szczególny, posłuchajcie, a się na pewno przekonacie). Mimo to udało się przedstawić na krążku wybitnie i równomiernie różne kierunki i nurty, których krwi Wervolf posmakował przez lata egzystencji w czarnych kazamatach undergroundu. Mieszanka szybkiego black-thrashu z melodiami i solówkami inspirowanymi najlepszymi tradycjami metalu jako całości gatunku. Może czytaliście już tego typu wychwalanie już tysiące razy, i teraz przewracacie oczami, myśląc, że macie przed sobą kolejny pustą wydmuszkę, ale przykro mi, niestety nie. WERVOLF tworzy swoje własne, unikalne brzmienie, którego nie da się opisać inaczej niż WERVOLF.

Otwierające „Aryan Black Metal”, pędzi i galopuje bezlistosnym riffem w stronę lekkich wpływów punkowych, ale gdy już myślicie, że wiecie o co, chodzi, robi totalny zwrot o 180 stopni i wrzuca nas w środek black metalowej otchłani. „Fog of Despair” wyciąga nam dywan spod nóg, wyrzucając przez okno standardową formułę WERVOLF, i zaciąga słuchającego w lochu surowego, brutalnego, zimnego black metalu. „Cutting”, służący oniegdyś jako singiel promujący tę genialną płytę, to pełny emocji, dziewięcio-minutowy utwór składający się tylko z wokalu i gitary, której blade, ulotne brzmienie nadaje atmosfery idealnie podkreślącej inne walory tego utworu. Reszty kawałków nie będę wam zdradzał, bo uważam, że przesłuchanie tego albumu od A do Z to coś, czego osoba nazywająca się fanatykiem black metalu, albo po prostu fanem metalu, musi dokonać chociaż raz w życiu. Płyta nigdy nie określa się do końca, i to jest jedną z jej największych zalet. Lubisz czerń? Tu masz jej całą paletę. Ponadczasowy klasyk, słuchajcie i podziwiajcie!

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Aby otrzymać album w całości, pisz! ———-> hindyzwezda@gmail.com

Kategorie
Bez kategorii

Korn – The Nothing(2019)

Korn jest zespołem, którego nie udało mi się ,,nie poznać”. Wiele było ku temu powodów, jak chociażby ten, iż to Arek, kolega z równoległej klasy zabrał mnie na ich koncert do Katowic. Tak czy inaczej, pewne okoliczności, połączone a jakże, z ciekawością. Sprawiły, iż po prawie dekadzie przerwy do nich wróciłem. Okazją bowiem okazał się wydany 13 września 2019 roku, trzynasty już album studyjny zatytułowany The Nothing. Czy trzynastka okaże się dla nich w moich uszach pechową liczbą? Przekonajmy się.

Otwierający płytę The End Begins ukazuje ewidentnie rozpacz. Na samym końcu wokalista ewidentnie płacze. Okazuje się, że, Davis stracił matkę, a parę miesięcy później jego żona przedawkowała narkotyki, zmagając się z chorobą psychiczną. To faktycznie był bardzo mocny życiowy cios. Cold pod kątem muzycznym oprócz krótkiego dupstepowego wstępu, zaczyna się bardzo intensywnie. Mam tu na myśli wokal, który potem dopiero się uspokaja. Typowe breakdowny, choć bardziej intensywne bębny, przypominają mi trochę najnowszy album Slipknot. Mimo to nie jest to zły początek. Choć bez przysłowiowego szału.

You’ll Never Find Me nie wnosi jak dla mnie nic, oprócz może innych riffów. The Darkness is Revealing ratują trochę bardziej pokręcone przejścia oraz faktyczne wyciszenie w pewnym momencie. Dalej nic odkrywczego. Idisynacrasy jest wreszcie bardziej intensywny od samego początku, do tego ten fragment z tym charakterystycznym basem. Choć jest jak dotąd najbardziej chwytliwy. The Seduction of Indulgence jest natomiast najbardziej ubogi w instrumenty. Pozostałe kompozycje z tego krążka tak naprawdę również niczego, czego bym nie znał jeśli chodzi o Korn, mi nie dostarczyły. Kończąc płytę rozpaczliwym outro Surrander to Failure. Jakoś nie wywołali u mnie większych emocji. Żadnych poza czystym gniewem.

Okazuje się zatem, iż, zespół, który znałem, do tego szanowałem za naprawdę, jak dla mnie, jeden z najlepszych w ich dorobku, szósty album Take a Look in the Mirror, w moim mniemaniu się skończył. Bowiem najnowszy The Nothing pod kątem lirycznym faktycznie przedstawia negatywne przeżycia wokalisty, którymi chce się podzielić. Jasne rozumiem prawo artysty. Natomiast muzycznie, poza drobnymi bardziej spokojnymi fragmentami w paru utworach i dupstepu, zmian jakichkolwiek nie ma. Jestem w stanie zrozumieć kwestie komercyjne, ale bądźmy poważni. System of a Down równie komercyjna grupa nu metalowa, nie miała pomysłu na album, nie wydała go. Postawili na same koncerty. Może przestałem być kukurydzianym fanatykiem, ale jednak mimo to Jeśli chodzi o mnie ten album, przekreśla Korn całkowicie, muzycznie dla mnie już nie żyją. Trzynasty album Korn, niegdyś dla mnie legendy nu-metalu, zatytułowany The Nothing, sprawił, iż, od dziś ten zespół stracił u mnie ten status bezpowrotnie. Pomijając czasy kiedy dosłownie trzy ich albumy, których słuchałem kiedy kończyłem podstawówkę oraz przez całe gimnazjum, musiałem wyrzucić do kosza, bo owe płyty nienadawany się już do użytku, w tym, chociażby Take a Look in the Mirror. Teraz ten sam Korn, paradoksalnie stał się teraz dla mnie niczym. Muzycznie umarł, bo powielanie stworzonego przez siebie materiału sprzed trzynastu lat, mnie nie przekonuje, a wręcz obraża. Kto go nie zna? Pewnie płyta mu się spodoba. Mnie jako już osobie, która już lata szkoły ma za sobą, uznaje muzyczną śmierć tego zespołu, ta płyta przynosi największe muzyczne rozczarowanie, z jakim do tej pory miałem do czynienia.

Korekta Paulina Wawrzusiak

1/10

Kategorie
Bez kategorii

Nightwish Endless Forms Most Beatiful (2015)

Ach ten Nightwish, znowu postanowiłem powrócić tego zespołu. Miejsce wokalistki zamiast Anette, w 2013 roku zajęła Floor Jensen, znana przede wszystkim z zespołu After Forever. Piszę o tym nie bez powodu. Gdyż to właśnie, specjalnie po kilkuletniej przerwie, zupełnie ,,na chłodno”, zamierzam się odnieść do pierwszego z Jej udziałem albumu Nightwish, zatytułowanego Endless Forms Most Beautiful. Pamiętając oczywiście, iż, za większość oprawy muzycznej oraz lirycznej opowiada przede wszystkim Tuomas Holopaonen, choć niby jest to najbardziej ,,zespołowy” album. Myślę, jednak że, oczekiwanie na najnowsze dzieło zespołu jest też doskonałą okazją, aby się przekonać, czy album przeszedł pomyślnie próbę czasu.

Sama koncepcja albumu jest mi doskonale znana, gdyż opiera się na hołdzie dla nauki i rozumu, tematyka prawie wszystkich utworów dotyczy teorii ewolucji Karola Darwina, jak i książka Richarda Dawkinsa The Ancestor’s Tale z 2004 roku. Wyjątkiem od reguły jest Our Decades In The Sun dedykowany rodzinom wszystkich członków zespołu.

Na samym początku mamy okazję usłyszeć wstęp od samego, wspomnianego wcześniej autora Richarda Dawkinsa, oczywiście mówię tu o kompozycji otwierającej album, czyli Shudder Before The Beautiful. Aranżacje orkiestrowe współgrają na niej wraz bardziej przebojowo dobranymi riffami czy perkusją, choć wokal Floor jest inny, bardziej spokojny, nawet solówka gitarowa i keybordowa Toumasa, nie dodają tu tego ,,czegoś” ,co pozbawiło ten utwór magii, nawet bardzo dobre zastosowanie chóru. Od samego początku nie jest rewelacyjnie a tylko dobrze.

Jeśli chodzi o Weak Fantasy, podoba mi się na nim duaet Marco i Floor. Jeśli chodzi o kwestię gitar, riffy też bardziej wpadają w ucho, do tego dochodzi też króciutki motyw folkowy wykonywany przez Troya Donockleya, jednak mimo tego wszystkiego, nadal to nie to, choć już jest blisko. Sytuację ratuje Elan słusznie wybrany na singiel promujący owy album, tu trzeba oddać mistrzowi co jego. Miał Toumas nosa. Poważny przekaz o tym, że nie ważne, ile masz lat, jeśli masz w sobie tę chęć i energię do życia, to ją wykorzystuj aż do samego końca. W tym konkretnym przypadku nastrojowy bardziej delikatny wokal Floor zdał egzamin. Połączony też znowu z wokalem Marco, do tego odpowiednia muzyka, czyli, partie wykonywane na kilku instrumentach przez Troya oraz gitara akustyczna zrobiły swoje. W końcu pojawiła się ta magia.

Yours Is An Empty Hope to wreszcie trochę cięższe riffy, choć pojawia się tam znowu Floor z Marco. Zmiany temp również oraz założenie, aby było mroczniej. Owszem to jest, jednak w moim przypadku to nie zadziałało w pełni, tylko w 75 procentach. Szkoda. Po raz drugi album ratuje Our Decades In The Sun. Tu znowu wszystko brzmi, jak trzeba. Tak jak w przypadku Elan wokal oraz instrumenty, w tym naprawdę dobrze dobrane wirtuozerskie riffy przejściowe, że tak się wyrażę, robią swoje, sprawiając, że jest to naprawdę dobra ballada.

Z My Walden mam lekki problem. Gdyż pomimo zastosowania instrumentów folkowych, to nawet pomimo odpowiednich partii pianina oraz gitary akustycznej w tej kompozycji nie poczułem, a nawet było gorzej niż za pierwszym razem. Tytułowy Endless Forms Most Beautiful jako kolejny singiel skutecznie wprowadza więcej dynamiki, jednak ponownie tu wszystko jest mocno przecięte, choć zmiany temp podkreślone przez perkusję i riffy mają swój urok. Sam tekst jest bardzo dobry, lecz jednak muzycznie już tylko poprawnie.

Edema Ruh daje mi trochę oddechu, choć paradoksalnie więcej nastoju niż poprzedni utwór. Do tego uważam, iż na nim znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych tej płyty. Tu akurat pozytywnie zostałem zaskoczony. Znowu pojawia się magia. Alpenglow ją skutecznie kontynuuje, chociażby przez doskonałe symfoniczne wprowadzenie. Do tego też te riffy w tle, drugi dowód, że klimat może też iść w parze z przebojowością. Jednak nadal wokal Floor nie porywa. Instrumentalny The Eyes Of Sharbat Gula, który pierwotnie taki miał nie być, daje trochę oddechu, lecz pomimo braku wokalu nastrój jest utrzymany. Nawet bym stwierdził bardziej refleksyjny i trochę melancholijny zarazem.

Wisienką na przysłowiowym torcie jest? Miał? Powinien być, dwudziestoczterominutowy The Greatest Show On Earth. Najbardziej rozbudowana dotąd kompozycja w historii zespołu. Czy się nią okazał? Jako utwór zamykający spełnił doskonale swoją funkcję. Jednak w akcie I, czy Four Point Six dość długą partię fortepianu, czasami przerywają bardziej dynamiczne aranżacje orkiestrowe. No i wreszcie Floor tu pokazuje lepszy warsztat, może przez podobieństwo jej głosu do Tarji. Potem następuje deklamacja Troya. Potem w akcie II Life cały zespół pokazuje, na co go stać, podwójny wokal tu jest naprawdę bardzo dobry. Potem płynnie to przechodzi do aktu trzeciego The Toolmaker, gdzie słychać wszystkie odgłosy ziemskich zwierząt, do tego lirycznie ukazane jest, do czego człowiek jest zdolny i co osiągnął. Dwa pozostałe spokojniejsze akty, czyli The Understanding i Sea-Worn Driftwood całkowicie uspokajają. Ostatni raz też słyszę Richarda Dawkinsa, który prezentuje naprawdę deklamację na bardzo wysokim poziomie. Na żywo ta kompozycja złożona właśnie z trzech aktów jest po prostu świetna. Powiem, więc że tak nadal jest dla mnie ową wisienką.

Mimo wszystko biorąc wszystkie aspekty pod uwagę, jednak album jako całość w pełni próby czasu nie przeszedł. Ogólny poziom muzyczny, tak naprawdę sprowadzony do dobrego, nic wybitnego, bo gdyby nie: Elan, Our Decades In The Sun, Alpenglow oraz arcydzieło w postaci The Greatest Show On Earth, płyta okazałby się katastrofą. Nie wspomnę już o jak dla mnie oczywistości, jako fana, co przyznaję, mocno mnie rozczarowało, tu nie ma żadnej rewolucji. Pozbierano sprawdzone patenty zastosowane na wcześniejszych płytach, a śmieszne, nawet jest stwierdzenie, iż, jest to ,,najcięższy album” wcale nie. Znam o wiele cięższe, tak czy owak trochę martwi mnie kierunek, jaki obrał Nightwish, co sprawia, iż, bardziej niż kiedykolwiek z dystansem oczekuję wieści o ich planowanym najnowszym albumie. Endless Forms Most Beautiful okazał się bowiem dla mnie pomimo wspomnianych wyżej perełek, jednak w całości zbyt nierówny, pod kątem muzycznej sinusoidy. Również jest też dla mnie w ogólne nieinnowacyjny jeśli chodzi o gatunek metalu symfonicznego, co jednak dla mnie ma duże znaczenie. Kto wie możliwe, że dla równowagi sięgnę po inne pozycje z ich dyskografii, aby to bardziej udowodnić. Poza tym okładka też nie.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Cult of Luna – A Dawn of a Fear (2019)

Festiwale mają to do siebie, że, pozwalają odkrywać to co wcześniej nieznane. Tak było w przypadku szwedzkich pionierów tak zwanego post metalu, czyli, Cult of Luna, których miałem okazje zobaczyć pierwszy raz na żywo, podczas festiwalu Brutal Assult w 2019 roku. Zaraz po powrocie, od razu przesłuchałem ich cały muzyczny dorobek. Tak się złożyło, iż, 20 sierpnia 2019 roku wydali swój najnowszy album zatytułowany A Dawn of a Fear. Zaraz poznacie moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu. Czy się rozczarowałem bądź też nie? Kto to wie.

Otwierający płytę ponad dziesięciominutowy The Silent Man, wcale cichy nie jest. Posiada bardzo noisowy mroczny, nienastrojonych gitar i dysonansu, wywołanego odpowiednimi partiami perkusyjnymi. Do tego wszystko jeszcze ten scream jednego z trzech potencjalnych wokalistów, uwielbiam tajemniczość, choć wolałbym jednak wiedzieć. Później syntezator wraz z łagodniejszymi riffami nieco uspokaja nastrój. Choć ogromna ilość blasów i gustowne przejścia temu przeczą. Blackowy riff wraz z bardzo spokojną marszówką? Okazuje się, że można coś takiego połączyć, co udowadnia właśnie Cult of Luna. Prezentując intygujące otwarcie albumu.

Na początku Lay Your Head to Rest syntezator brzmi dość dziwnie, potem dochodzi wyrazisty bas oraz istny grad blastów, potwierdzający istny kunszt Magnusa jako perkusisty, potem w trakcie do basu dochodzą też podkreślające go jeszcze riffy. No i uspokajający noisowy koniec. Tytułowy A Down of Fear dostarcza przysłowiowego strachu, czy niepokoju od samego początku. Umiejętnie poprzez odpowiednie brzmienie gitar, perkusji, szpetów oraz inny wokal, bardziej tajemniczy, duże napięcie. Przez to, chociażby jest jednym z moich ulubionych utworów na tym krążku.

W Nightwalkers podoba mi się, zabieg w postaci znowu innego blackowego riffu wraz z taką samą partią perkusji przez ponad dwie minuty. Potem dopiero wzbogaca go druga gitara. Co ciekawe scream wokalisty pojawia się dopiero na samym końcu. Wszystkie, ewidentnie pozostałe kompozycje utrzymane są w podobnej stylistyce, co ku mojemu zdziwieniu mi nie przeszkadza wręcz przeciwnie.

Kiedy słuchałem ich najnowszego krążka, A Down of Fear, porównując ich wcześniejsze albumy, ten jest kompletnie inny. Bardziej mroczny, tajemniczy czy też nawet odrobinę melancholijny. Muzycznie, jak i lirycznie jest to ukazane w idealny sposób. Nie jest to bowiem płyta do słuchania w każdych okolicznościach, co to, to nie. Właśnie to ukazuje się jej wyjątkowość. Tłumaczy też bardzo złożoną strukturę kompozycji. Album ten można kochać lub nienawidzić, obojętnie uchem przejść raczej chyba nie można. Mnie on urzekł od początku do samego końca. Choć jak dla mnie tu post metal nie występuje, lecz umiejętnie podobierane gatunki metalu takie jak black, doom oraz szczypta noisu, jak i dwa różne typy wokali. Do tego jeszcze bardzo prosta okładka. Mam nadzieję, iż, kolejny ich album nie zawiedzie moich oczekiwań, bo A Dwon of a Fear podniósł poprzeczkę bardzo wysoko.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Midnight- Satanic Royalty (2011)

Kolejny zespół, o którym dowiedziałem się na czeskim festiwalu Brutal Assault. Amerykański Midnight, który przez większą część życia funkcjonował jako ,,one man band” pod wodzą niejakiego Athenara, do którego przed wydaniem drugiej płyty dołączył kolega o wdzięcznej ksywie SS. Projekt powstał w 2003 roku i w zamyśle miał grać miks black metalu ze speed metalem. Dziś jednak zamierzam odnieść się do debiutanckiego krążku Midnight zatytułowanego wdzięcznie Satanic Royalty , wydanego 8 listopada 2011 roku. Czy album okaże się równie dobry, co parę utworów zagranych z niego na wspomnianym wcześniej festiwalu? Czy jest dalej godny nazwania go pionierskim w nowym nurcie metalu? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Tytułowe Satanic Royalty idealnie otwiera album. Już bowiem od początkowych wolniejszych riffów, pierwszy wrzask Athenara , następuje zmiana tempa na dynamiczniejsze. Pojawia się też bardzo dobra, choć krótka, solówka gitarowa. Wyraziste przejścia oraz partie perkusyjne, które średnio podchodzą pod blackowe, a raczej bardziej punkowe dopełniają wszystko Do tego genialnie dobrany wokal. Owo tempo pozostaje utrzymane przy You Can’t Stop Steel, tej motoryki jest o wiele więcej, do tego dograny drugi wokal też daje genialny efekt. Tutaj natomiast znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych na tym krążku. Na Rip This Hell tak naprawdę tylko riffy trochę się równią. Dalej jest energia, przez co dalej z automatu headbangingu mi się chce. Natomiast Necromania jest już cięższa i trochę wolniejsza, może przez dużą ilość blastów oraz przejść, ale dalej pomimo pozorów, daje mi tylko chwilę oddechu, bo w połowie wraca odpowiednia prędkość.

Black Damnation rozpoczyna mylnie solówka gitarowa, która mogłaby zapowiadać balladę. Jednak to nie ballada, bardziej spokojny utwór, choć sam zamysł szanuję, to może przez sam wokal, skłonny do rozważań nie jestem. Druga solówka gitarowa jest równie dobra, choć nie tak jak otwierająca. W Lust Filth and Sleaze dla odmiany znowu usłyszałem najszybszą solówkę gitarową na tej płycie. Powróciła piekielnie dobra prędkość. Podobnie jest zresztą na Violence On Violence oraz Savage Dominance. Na Holocaustic Deafening bardzo podoba mi się podkreślenie partii basu od samego początku. Zamykający płytę Shock Til Blood rozpoczyna się znowu solówką gitarową innego typu, bardziej heavy metalową. Potem znowu diabelska prędkość i tak jak początek, tak również koniec jest spektakularny.

Tak się akurat złożyło, iż to na Midnight wypadło, aby opisać, ich debiutancki album jako jeden z wielu które miały wpływ na muzykę metalową. W czasie kiedy po dość długim czasie, licznych (trzech) EP-kach, (czterech) splitach, Athenar wypuścił pierwszy pełno metrażowy album, stał się pionierem. Stworzył bowiem nurt nazwany potem słusznie blackn’rollem. Połączeniem brytyjskigo Venom, znanego z kultowego Black Metal z 1982 roku, oraz legendarnego amerykańskiego Motorhead. Po ośmiu latach nie stracił na swej świeżości w żadnym stopniu. Dostarczone różnego rodzaju typy samych solówek gitarowych skutecznie przyprawiają o ból głowy jak po wypiciu wielu litrów mocnych trunków. Za każdym razem zarzekasz się, że, nie będziesz pił, a jednak to robisz, bo to lubisz. Tak samo ja mam z tym albumem. Do tego w tym przypadku tutaj mam swoich ulubieńców, tytułowy Satanic Royalty, Black Damnation, Lust Filth and Sleaze, Holocaustic Deafening oraz zamykający ten genialny krążek Shock Til Blood. Kto wie, może kiedyś odniosę się do najnowszego ich albumu, który planują wydać 24 stycznia przyszłego roku? Sam tego nie wiem. Dzieło wieńczy też okładka. Plyta okazała się naprawdę przełomowa i sprawiła, iż narodził się nowy muzyczny nurt. Jest on obecny nawet w naszym kraju. Mam tu nam myśli, chociażby zespół Brüdny Skürwiel. Jeśli nie znacie amerykańskiego Midnight, nadróbcie koniecznie zaległości, bo naprawdę warto! Athenar jest dla mnie mistrzem blackn’rollu, a już na pewno wykorzystania gitary elektrycznej. Ocena może być zatem tylko jedna.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10