Kategorie
Bez kategorii

Ulcerate – Stare Into Death And Be Still (2020)

Dzisiaj odkrywam przed wami kolejny kraj. Jest to po raz pierwszy Nowa Zelandia. Tak, nie przesłyszeliście się. Zespół nazywa się Ulcerate i właśnie wydał swój szósty album po czteroletniej przerwie zatytułowany „Stare Into Death And Be  Still”, dokładnie 24 kwietnia 2020 roku przez Demebur Mori Productions. Nie wiem czego się spodziewać. Słyszałem już kiedyś tą kapelę, ale to było dawno temu. Także… nie mogę się doczekać, aby ten krążek przesłuchać.

„The Lifeless Advance” zaczyna się progresywnym riffem, wraz z prostymi, ale obfitującymi w blasty garami. Potem jednak następuje istna,
perkusyjna nawałnica. Wokalista sprawnie operuje głębokim growlem, idealnym do death metalu. Zmiany tempa są dobre. Intensywność jest tu zrównoważona. Jednym słowem wpada w ucho. Do tego jeszcze te blackowe naleciałości. Dla mnie mistrzostwo! „Exhale the Ash” rozpoczyna dobry riff. Tu też jest intensywnie. Pałkarz niewątpliwie może pochwalić się dużymi umiejętnościami. Bo tu „bębny” są po prostu z……..! Riffy natomiast chwytliwe i nietuzinkowe! Nie ma się do czego przyczepić. Kolejny ulubieniec do mojej set-listy.

Natomiast „Stare into Death and Be Still” brzmi już inaczej. Początek to wolniejsze tempo, aczkolwiek w podobnym nastroju. Słychać więcej progresji. Czy to dobrze? Jak dla mnie? Owszem. Nie ma monotonii. Ja się przynajmniej nie nudzę! Tu też gitarzysta pokazuje, na co go stać! Ja się pytam gdzie wy – Ulcerate – byliście wcześniej? Genialny breakdown ze szczyptą intensywności, ale innymi bitami perkusyjnymi. Uderzenie w każdy talerz jest precyzyjne, w punkt. Doskonale słychać ten instrument. Mistrzostwo!

„There is No Horizon” od początku jakby wynurza się lekko z otchłani, co genialnie obrazuje stopniowana perkusja wraz z riffami, które znowu są delikatnie blackowe. To jedna z najbardziej nastrojowych kompozycji na płycie. „Inversion” to kolejna porcja instrumentalnych popisów technicznych jak na death metal przystało. Zabrakło tu jednak tego czegoś, dlatego jest to jak na razie najsłabsze ogniwo krążka.

Na „Visceral Ends” powraca mrok, poprzez doskonałe, gitarowe intro. Płyta ponownie obiera właściwy kurs. Spokój i tajemniczość, pewnego rodzaju stan uśpienia, aby później zaskoczyć nas dawką energii. Znowu jest epicko! Do tego ten genialny riff w tle! „Drawn Into the Next Void” jest oczywistą kontynuacją poprzedniego utworu. Akurat to mnie cieszy. Jednak tutaj brzmienie jest zdecydowanie cięższe! Same breakdowny to pokazują. Na końcu dopiero następuje znaczne zwolnienie tempa.

Ostatni „Dissolved Orders” ma krótki „stempel” wraz z dobrze dobranym gitarowym wstępem. W tej kompozycji mrok utrzymany jest do samego końca. Utwór sprawdził się też jako singiel. Ciekawy riff w tle wraz z perkusją nadały kawałkowi odpowiedni klimat.

„Stare Into Death and Be Still” jest na chwilę obecną najlepszym deathowym albumem 2020 roku, z jakim się spotkałem. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, a miałem już okazję odsłuchać kilku płyt, z tym że na „pseudo” death metal szkoda mi czasu. Może kiedyś podejmę się recenzji któregoś z nich. Jednak wracając do Nowo Zelandczyków z Ucerate – Panowie chylę czoła! Słuchając waszych poprzednich dokonań muzycznych, nie jestem pewien, czy jest to wasz najlepszy album, ale z gatunku technical death metalu zdecydowanie tak. Jedyną, słabszą kompozycją na nim jest „Inversion”. Reszta to utwory, które jako samodzielne, doskonale się bronią. Płyta więc ogólnie jest spójna, a okładka z……..!!!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Sirenia – At Sixes And Sevens (2002)

Uwielbiam gdy, dla takich fanów jak ja zespół świetnie prosperuje pomimo decyzji osoby zakładającej pierwotnie tą samą grupę. Wszystko zmienia się mniej więcej co dwie płyty. Pomijając fakt, że sam wcześniej został wyrzucony z innej kapeli, mowa w tym przypadku o Tristanii. Dla jasności mówię tu o Mortenie Velandzie i jego składzie, który znany jest pod nazwą Sirenia. Dzisiaj powrócę, do tego co kiedyś bardzo mi się podobało, tzn. szeroko rozumianego gothic metalu i debiutanckiego albumu tej jednoosobowej formacji, zatytułowanego „At Sixes And Sevens” wydanego 21 maja 2002 roku. Czy sama płyta straciła na swoim uroku? Czy może jednak z upływem czasu zyskała na jakości? No i na koniec zadamy sobie pytanie, czy fakt, iż jej autor miał ją przygotowaną dla swojego byłego zespołu, a wykorzystał jako debiut innej, można uznać za niewłaściwe? Przekonamy się jedynie, słuchając więcej niż jeden raz, prawda?

Otwierający płytę „Meridian” ukazuje dość spory zakres różnorodnych inspiracji muzycznych. Klawiszowe i smyczkowe partie wraz z operowym śpiewem dobrze utrzymują napięcie, jednak charakterystyczny scream, wraz z breakami oraz partiami perkusji można podciągnąć pod lekko deathowy. Jeśli chodzi o, „Sister Nightfall” to od samego początku pojawia się w nim charakterystyczny riff grany na gitarze akustycznej. Tu też pojawia się duet Fabienne oraz Jana Kennetha Barkveda. Potem robi się trochę blackowo przez scream Mortena.

Trzeci „On The Wane”  to bardziej klimat gotycki. Wokalnie jest dosyć ciekawie. Więcej na nim słychać Fabienne, a szept Jana to faktyczne mistrzostwo, choć wisienką na torcie jest solówka na skrzypcach. Na „In A Manica” słychać po raz pierwszy dwóch wokalistów – Jana jak również Kristiana. W tej kompozycji jest też więcej elektroniki, typowego keybordu. Tytułowy „At Sixes And Sevens” ma znakomity akustyczno – skrzypcowy wstęp wraz z wokalem Fabienne na czele, który w dalszym ciągu mnie zachwyca. 

Paradoksalnie, po upływie lat pozostałe kompozycje z tej płyty, zwłaszcza po uważnym przesłuchaniu pierwszych sześciu, niczym mnie ponownie nie zaskoczyły. Czy to źle? W pewnym sensie tak, bo jednak większość z nas, oczekuje po jakimś czasie na odkrycie czegoś nowego w znanych już kawałkach. No, ale cóż…bywa. Tak czy inaczej. Debiut „At Sixes And Sevens” z 2002 roku, mogę śmiało określić mianem średniego. Jako całość nie stracił swojego, unikatowego klimatu. Trochę gotyku, odrobinę doomu no i deathu. Słychać więc na nim muzyczne poszukiwania Mortena. Z upływem czasu jednak stał się bardziej przewidywalny, aż za bardzo. W tym aspekcie jest nieco gorzej. 

Czy to dobrze, że Morten wykorzystał stworzony przez siebie materiał pod szyldem zespołu Sirenia? Moim zdaniem tak. Natomiast sposób, w jaki nim potem zarządzał, nie kryjąc się z tym, to inna historia. Zastanawia mnie tylko jedno… Dlaczego nie poszedł w karierę solową skoro muzyków, z wokalistami włącznie, wykorzystywał jedynie do występów na żywo? Tak czy inaczej, w tamtym czasie „At Sixes And Sevens” był bardzo dobry. Obecnie jest tylko przyzwoity, choć nadal różnorodny.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Primal Fear – Metal Commando (2020)

Niemiecki Primal Fear powraca! 24 lipca grupa wydała swój trzynasty album zatytułowany „Metal Commando”. Jest to też ich pierwsza płyta nakładu Nuclear Blast. Jeśli chodzi o sam skład, w zeszłym roku do kapeli dołączył perkusista Michael Ehre, który na stanowisku tym zastąpił Francesco Jovino. Z ich ostatniego wydawnictwa „Apocalypse”, niestety, nie byłem zadowolony. Tym bardziej pełen nadziei, zabieram się za ich najnowszy krążek. Czy okaże się on lepszy od ostatniego? No cóż, jest tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać.

„I Am Alive” jako pierwsza kompozycja i jeden z singli, od pierwszych dźwięków pokazuje, z czym mamy do czynienia. Gitarowe riffy kopią, gdzie trzeba wraz z odpowiednimi blastami w tle. Przejścia perkusyjne są tu mocne, niezwykle precyzyjne i wyraziste. Dodając do tego wokal Ralfa, mamy co trzeba. Trzyma poziom! Otwarcie idealne! Chociaż ten riff nie jest do końca oryginalny, już go gdzieś słyszałem. „Along Came the Devil” jako singiel jest właściwą kontynuacją albumu. Zwłaszcza przez wysokie partie wokale Ralfa. Robią one wrażenie! Jest dobrze, bo jest energia. Wreszcie słychać też popisy Toma.

Natomiast „Halo” nie trzyma już poziomu poprzednich kompozycji. Tempo wzrasta, choć poziom techniczny gitarzystów nie. Mimo wszystko utwór można zaliczyć do kategorii tych dobrych. Utwór „Hear Me Calling” jako ballada daje radę. Jako singiel również. Chociaż w moim odczuciu, wstęp trochę za długi. Tekst jest refleksyjny, ale nie łzawy, co czyni go znośnym w odsłuchu. Gitary brzmią świetnie, więc nie mam do czego się tutaj przyczepić. Jedynie może jako do całokształtu kompozycji. No! Na to czekałem! Początek „The Lost & the Forgotten” przypomina mi „The End is Near z Rulebreakera”. Do tego ten ryk! To jest mój numer jeden! Tu jest wszystko! W tym jedna z najlepszych solówek na tej płycie!

„My Name Is Fear” jak dla mnie również brzmi idealnie. Kolejny utwór do kolekcji ulubionych na playliście. „I Will Be Gone” to wreszcie prawdziwa ballada, nie tylko przez magię gitar akustycznych, ale też przez wokal i wzruszający tekst. Zespół stanął tu na wysokości zadania.  „Raise Your Fists” chociaż wzrusza, dostarcza też odpowiedniej dawki heavy metalu, dobrze znanej z poprzednich utworów z tej płyty.

Natomiast „Howl of the Banshee” nie powala słuchacza na kolana. Jest kolejnym z tych ,,dobrych” utworów. Nawet solówka nie była w stanie go uratować, chociaż miałem taką nadzieję. Podobnie ma się sprawa z „Afterlife”. Niby niczego nie brakuje, ale w ostateczności całą kompozycję „trzyma” jedynie gitara.

Zamykający „Infinity” to zupełnie inna historia! Neoklasyczne gitarowe otwarcie, nastrojowy wokal Ralfa – zakładam więc, że mam do czynienia z długą balladą. Potem następują zmiany tempa, budując napięcie. Sama długość utworu to najważniejszy, wirtuozerski pierwiastek i pełnia barw różnorakich dźwięków. Dla miłośników tego rodzaju kompozycji jest to epicki majstersztyk. Bo dla mnie właśnie jest!

 Primal Fear jak dla mnie powraca w całej, swojej klasie i okazałości! Cieszy mnie to niezmiernie. „Metal Commando” na chwilę obecną jest najlepszym krążkiem heavy/power metalowym tego roku. Dlaczego? Już same cyfry mówią za siebie. Bowiem osiem z jedenastu utwór zagości na mojej playliście na stałe! „The Lost & the Forgotten”, „My Name Is Fear”, „I Am Alive”, „I Will Be Gone”, „Raise Your Fists”, „Afterlife”, „Along Came the Devil” oraz najdłuższy „Infinity”. Do tego zaje…a okładka. Brawo Primal Fear! Pozostaje mi tylko czekać na wasz koncert. Do zobaczenia znowu na żywo!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Brothers of Metal – Emblas Saga (2020)

Ach ta Szwecja. Ponownie mając do czynienia z zespołem z tego kraju, a dokładnie Brothers of Metal, nabrałem ochoty na odrobinę fuzji heavy metalu z viking metalem. Akurat tak się złożyło, iż właśnie ten zespół wydał swój drugi już album zatytułowany „Emblas Saga” dokładnie 10 stycznia 2020 roku nakładem AFM Records. Czy owo połączenie gatunków okaże się trafione? Po przesłuchaniu płyty, rzecz jasna, napiszę parę słów o swoich wrażeniach i odczuciach dotyczących krążka.

Intro „Brood of the Trickster” jest epickim wstępem do całego albumu. Lektor specyficznym tonem głosu wprowadza słuchacza w magiczny świat dźwięków. „Powersnake” to od samego początku heavy metal na wypasie. Dobrym zabiegiem jest w tym utworze zarówno męski jak i damski głos, w tle zaś słyszymy okrzyki Wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, jest nieźle. Nastrój budują spokojniejsze fragmenty i kobiecy wokal. Natomiast solówka gitarowa, jak dla mnie, jest trochę jakby wciśnięta na siłę. 

„Hel” otwiera niezły riff, w tle słyszymy okrzyki. Kawałek opowiada historię Hel, władczyni Krainy Umarłych, dziwną i niepokojącą. Tutaj jednak solówka dobrze się wkomponowuje. „Chain Breaker” oprócz tego, że jest dynamiczny i wokalista potrafi dobrze screamować, to nic nowego nie wnosi. Choć przyznać trzeba, że duet dwóch, różniących się od siebie wokali jest ciekawy, aczkolwiek tylko tyle. 

„Kaunaz Dagaz”, jak dla mnie, brzmi dziwnie. Muzycznie jest na poziomie przeciętnym. Broni się tylko jednym, bardziej thrashowym riffem i gitarową solówką. Natomiast spotkanie z partiami wielogłosowymi już miałem, więc nie ma tutaj zaskoczenia. Początek „Theft of the Hammer” przypomina mi trochę Amon Amarth, kiedy przestawili się na heavy metalowe kompozycje. Pomimo podobieństw, gitary sprawiają, iż bardzo dobrze się go słucha.

„Weaver of Fate” jest balladą, która jednak nie spełniła moich oczekiwań. Pomimo dobrego, damskiego wokalu i krótkiej solówki, nie ma tego czegoś. „Njord” jako pieśń o bogu mórz i opiekunie kupców, sama w sobie jest dobra, jeśli spojrzeć pod kątem lirycznym. Muzycznie broni się na tyle, że da się ją przesłuchać w całości.

Tytułowa „Emblas Saga” wreszcie porusza mnie na tyle, że budzę się z letargu. Śpiew w wykonaniu Ylvy w ich ojczystym języku sprawdził się w tym utworze idealnie. Deklamacja lektora, dobre tło muzyczne, ciekawe partie gitarowe i różnorodne barwy wokali zdały egzamin. Ten kawałek wprowadza wreszcie w epicki nastrój.

„Brothers Unite” rozpoczyna się dość spokojnie, wręcz flegmatycznie. Spodziewając się czegoś nowego, otrzymuję jednak znane mi już patenty. Nawet fragment, w którym słychać „zaśpiewy Wikingów podczas uczty”, nie ratuje tego utworu. Wprowadza natomiast słuchacza w zniecierpliwienie.  Zaczynający się epicko „One”, jest wręcz łagodny w swoim brzmieniu. Do tego screamujący wokal, uzupełnia drugi głos deklamacją. W dalszej części utworu znowu pojawia się Ylva. To wszystko razem brzmi na tyle dobrze, że mogę „One” zakwalifikować do udanej ballady. 

Przedostatni „Ride of the Valkyries” jest dynamiczny, choć nie na tyle, aby uznać trafność jego tytułu. Pomimo chęci i niezłych gitar, czegoś jednak zabrakło. Więc w ostateczności, jednak NIE!. Zamykający „To the Skies and Beyond” charakteryzuje dobra solówka gitarowa, riff jest dosyć chwytliwy, duety wokalne też dają radę. Także ostatni kawałek można uznać za znośny, wraz z symfonicznym zakończeniem.

Reasumując, na koniec powiem tak, jeśli chodzi o heavy metal o tematyce nordyckiej, to nie jest to fuzja na każdą okazję. Trzeba mieć odpowiednie nastawienie i dystans. Lirycznie jest przyjemne dla ucha, muzycznie ratują ten krążek od katastrofy „Powersnake”, „Theft of the Hammer”, „One” oraz „Ride of the Valkyries”. Sam album jednak na dłuższą metę nie zapada w pamięć . Zapewne wrócę do któregoś z tych utworów przy okazji gry komputerowej o tematyce nordyckiej, lecz raczej nie nastąpi to prędko.

Korekta: Sylwia Prekurat

5/10

Kategorie
Bez kategorii

System of a Down – System of a Down (1998)

Amerykański System of a Down. Jedna z ikon tzw. nu – metalu. Zespół, uważany nawet przez metalowców za zbyt łagodny i wyklęty. W moim gimnazjum i szkole średniej przynajmniej tak kiedyś było. Dzisiaj, po 22 latach od premiery, przypomnę Wam i Sobie, ich debiutancki album zatytułowany po prostu „System of a Down”, wydany 30 czerwca w 1998 roku  przez American Recordings. Pierwszy raz styczność z tym krążkiem miałem pod koniec 2001 r. Czy po prawie 20 stu latach czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Jesteśmy skłonni spojrzeć na nią i wysłuchać świeżym okiem, uchem? No cóż…okaże się. Zaczynamy!

„Suite-Pee” już od samego początku brzmi gange-owo -mam tu na myśli riff otwierający utwór oczywiście z dynamiczną perkusją. Następnie wchodzi budujący napięcie poprzez bas, breakdown. Wokal Serja jest intensywny. Momentami jednocześnie scremuje i growluje. Wszystko to wcześniej wydawało mi się po prostu przebojowe, zresztą nadal w taki sposób to odbieram, chociaż przez lata doświadczeń z różnymi nurtami muzycznymi i przez pryzmat tego dostrzegam nawet te drobne niuanse kawałka. Jak dla mnie jest to odpowiednie otwarcie albumu. 

W „Know” początek to bardziej rozbudowana sekcja rytmiczna – perkusja. Oprócz tego pojawiają się nowe rozwiązania jeśli chodzi o riffy. Wokal Serja mocno bazuje na granicy rapu. Znowu pojawia się ciekawe i dynamiczne przejście perkusyjne, stopniujące napięcie. Nadal!

„Suger” jako singiel pierwszy raz ,, rozp…….. mi „system”, kiedy zobaczyłem teledysk. Tematyka okazała się mocno społeczno – polityczna, buntownicza. Wstęp, ta deklamacja wokalisty, z kończącym ją ,,diabolicznym” głosem, nadal jest dla mnie majstersztykiem. Kontrowersyjny teledysk? Proszę bardzo. Chwytliwe brzmienie? Jak najbardziej. Zmuszający do myślenia tekst? Oczywiście! Osobiście nie rozumiem krytyki celującej w ten utwór. Jak dla mnie nadal jest rewelacyjny.

Suggestions” jest dynamiczny od samego początku. Umiejętne przejścia perkusyjne, no i znowu za…….y breakdown z riffem w tle. Ironia w głosie Serja jest w nim genialna. Na swój sposób lekko szalona.

Spiders” natomiast jest już bardziej psychodeliczny, co akcentuje bas i wstęp wokalny. Do tego znowu inteligentny tekst. W „Ddevil” intryguje dobra marszówka. Tu ponownie Serj wręcz bawi się swoim głosem. Gange nadal króluje, choć hard rockowy riff też tu się pojawia. Czego jednak można wymagać od kawałka długości raptem 1m.:43s.? 

W „Soil” jest trochę słyszalnych cowoych elementów – mam tu też na myśli gitary. Pojawia się kontrolowane zamieszanie instrumentalne. Znakiem rozpoznawczym utworu jest dobra solówka. Daron się postarał. Szaleństwo trwa! Riffowe wejście w „War” nadal mi się podoba. Z pozoru proste, ale niekoniecznie. Headbanging jest!

„Mind” natomiast to inny temat. Tu została zobrazowana muzycznie i lirycznie kwestia złożoności ludzkiego umysłu. Osobiście tak ten utwór interpretuje, jako najbardziej skomplikowany, rozbudowany i niejasny do końca w swojej strukturze, jednocześnie intrygujący. Pojawiają się też lekko doomowe naleciałości, dwa rodzaje ekspresji poprzez ukazanie czystego gniewu czy wściekłości, kumulacja szaleństwa. Ten utwór był i jest moim ulubionym z całego albumu. Słuchałem go w trudnych chwilach. Zawsze pomagał.

„Peephole” znowu dobrze buduje napięcie. Słuchając go, mam wrażenie, jakbym kręcił się na szalonej karuzeli w wesołym miasteczku, sam do końca nie wiem czemu?? Zmian tempa po prostu nie da się nie usłyszeć. Znowu headbanging!

„Cubert” to kontynuacja sinusoidy – znanej, ale lubianej. Energia nadal buzuje! W „Darts” Serj znowu zaskakuje wokalem, bawi się nim w za…….y sposób. Do tego tykający zegar, a potem breakdowny? Mistrzostwo!  Zamykający „P.L.U.C.K.” zaskakuje na początku ciekawym riffem. Jest tutaj wszystko, co znane z wcześniejszych utworów z wyjątkiem dwóch momentów, w których pojawiają się nowe riffy. Natomiast perkusja nie jest tu uboga, oj nie. Intensywne zamknięcie płyty jak dla mnie, gdzie wreszcie słychać Darona.

 Z perspektywy czasu System of a Down jak dla mnie był udanym debiutem. Dlaczego? Cała paleta stylów. Od grangu, hard rocku, doomu po metalcore. Zostały użyte różnorakie środki ekspresji wokalnej, co czyni krążek jeszcze bogatszym. Także…może się powtarzam, ale co jest w tym albumie nie tak? Bo ja k…. nie wiem! Kiedyś był dla mnie rewolucyjny. Teraz słuchając go, może nie jestem w stanie głębokiej psychodelii, ale takiej umiarkowanej, dla mnie przyjemnej.  Charakterystyka brzmienia zespółu dawniej określana jako nu-metal, z perspektywy czasu, jest niewłaściwa. Skład nagrywając kolejne albumy, podążył określoną na tej płycie ścieżką, może cięższą, jeśli chodzi o Toxicity, ale jednak. Reasumując, płyta nie ma złych momentów, a spójność jest jej kolejnym atutem. Obok nagranego po debiucie Toxicity, ta płyta jest ich Opus Magnum. Do tego kultowa okładka. Zatem ocena może być tylko jedna.

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10!

Kategorie
Bez kategorii

KŁY – Wyrzyny (2020)

Tak, znowu Polska. Najwidoczniej rodzimy black jeszcze mi się nie znudził, tym bardziej że ten rok jest na polskiej scenie black metalowej dość obfity. Tym razem z wielką przyjemnością sięgam po śląskie KŁY i ich drugi album „Wyrzyny”, wydany nakładem Pagan Records 8 maja 2020 roku. Czy okaże się lepszy od debiutu z 2018 roku? Tylko słuchając go, kilkakrotnie możemy się o tym przekonać.

„Burza (My, rozgwiazdy)”, otwierająca album, rozpoczyna się od dźwięku dzwonu, wprowadzając nas skutecznie w mistyczny charakter utworu. Słychać wyraźnie post – metalowe brzmienie gitar. Wokal przywodzi na myśl i jednocześnie kojarzy się z Nihilem z Furii. Linia basowa to istny majstersztyk. Dobrze akcentowane przejścia. Deklamacja w połączeniu z czystym śpiewem to idealne podsumowanie. Na koniec blackowa powtórka. W tym kawałku nie ma monotonii, muzyczny rollercoaster utrzymuje go na wysokim poziomie. Mistrzowskie otwarcie k….!

W „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyńcza” czuć lekką zmianę klimatu, aczkolwiek ponownie słyszymy dzwony, głosy się powtarzają, jakby słuchacz był na lekkim haju. Dobra dawka psychodeli. Trochę mniej blacku. Jeśli chodzi o tempo, jest dosyć dynamiczne. Typowe, blastowe napier…..! Po raz pierwszy pojawia się na tej płycie growl. Uruchomił mi się headbaging, a to jest dobry znak. Pomimo dawki znacznie lżejszych riffów niż się spodziewałem, o dziwo, okazały się one równie chwytliwe i przyjemne dla ucha. Do tego jeszcze na koniec te magiczne stemple. Chcę więcej!

„Krajobraz jako oko” to kontynuacja poprzedniej kompozycji, ale z drobnymi, folkowymi elementami. Tutaj akcent jest położony na bas, tempo też znacznie wolniejsze. Może trochę za dużo progresji jak na mój gust. Pomimo tego nie jest źle, bo w dalszej części kawałka pojawia się perkusyjna nawałnica. „Trójząb„, ni z tego ni z owego, przenosi mnie do… Japonii (kraju kwitnącej wiśni)? Tak…tylko po co? Przychodzi mi jedynie do głowy nawiązanie do demo. Tu natomiast progresja jest dobrze wyważona. Gdy go słucham, pojawia się, u mnie stan, jaki chciałem, muzycznego uniesienia. Sam tytuł nawiązuje oczywiście do nazwy zespołu.

Przedostatni „Gwiezdny wiatr” to ponownie dobre stemple. Wraca tutaj dynamika, zdecydowanie jest mniej blacku na rzecz post – metalu. Mówiąc kolokwialnie, utwór jest przebojowy niczym „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”. Album zamyka „Zakorzenienie”, które idealnie podsumowuje całą płytę.

Jeśli chodzi o „Wyrzyny” to KŁY postawiły na transowy klimat. Okładka przedstawiająca grzyby halucynogenne nie jest myląca. Naprowadza na właściwą ścieżkę doznań muzycznych, szerzej ukazanej w kompozycji zamykającej płytę. Jeśli chodzi o brzmienie całości, zderzamy się z przemieszaniem nurtów i miksem gatunków, w różnych proporcjach. Jednak ośmielam się sądzić, że wypadli lepiej od Finów z Oranssi Pazuzu, gdyż mają zdecydowanie więcej samodzielnie broniących się kompozycji, bez wpływów innych, podobnych im kapel. Na podsumowanie, „(My, rozgwiazdy)”, „Burza”, „Nadwołkowyjskiej nocy liczba pojedyncza”, „Gwiezdny wiatr” i „Zakorzenienie” to dosyć oryginalne utwory w swej strukturze.

Reasumując, za każdym razem jednak gdy kończę słuchać ten album, trans, z jakiego wychodzę, nie jest jeszcze tym kompletnym. Odczuwam lekki niedosyt…choć tak niewiele brakowało.

Korekta: Sylwia Prekurat

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Cradle of Filth – The Principle Of Evil Made Flesh (1994)

Jak debiuty, to, żeby łatwo nie było, zespół, którego słuchałem, a i teraz słucham często. Debiutancki album The Principle Of Evil Made Flesh, wydany 24 lutego 1994 roku, przez Cacophonus Records . Łatwo nie będzie orzec, czy z perspektywy dwudziestu sześciu lat, owa płyta jako debiut, jest nadal tak dobra jak kiedyś, dla mnie. Trzyletnia przerwa od tej płyty zapewne pomoże. Kilka przesłuchań na świeżo również. Natomiast wypadł w porównaniu do dobrze mi znanych, następnych albumów oraz oczywiście Dani, jako lider Cradle of Filth kontynuował obrany na nim muzyczny kurs? Aby udzielić konkretnych odpowiedzi, trzeba The Principle Of Evil Made Flesh kilkukrotnie posłuchać. Zaczynamy zatem.

Intro Darkness Our Bride(Jugular Wedding) nadal odpowiednio wprowadza nastrój mroku, czy też grozy, chociażby poprzez szepty. Tytułowy The Principle Of Evil Made Flesh natomiast z powodu bycia trochę bardziej blackowym, mam tu na myśli perkusję, czy chociażby wokal samego Daniego, pomimo niby riffów gitarowych , które na siłę można by uznać, za odrobinę melodyjne, chociażby przez solówkę, nie zwala mnie z nóg oraz nie przyprawia o zachwyt. No po prostu nie. Nawet trochę bardziej czuję się rozczarowany. Z The Forest Whispers My Name jest odrobinkę lepiej. Chociażby na samym jego początku. Jednak deklamacja nadal robi wrażenie. Później zmiana tempa przez intensywniejszą perkusję. Co z tego jak to nadal mimo wszystko dla mnie za mało. Iscariot tak zwany przerywnik, daje radę. Efekt bicia serca? Fenomenalny. Nie typowy, bo fortepianowy początek, znowu nie ratuje kolejnej kompozycji, The Black Goddess Rises, jedyne co można uznać za ciekawe, to duet Daniego z Darrenem, a potem wokal Andrei Meyer. Tylko tyle.

Pomimo cichej nadziei, że tak nie jest, schemat powtarza się do samego końca płyty. Same intra, poprzedzające właściwe kompozycje, naprawdę nadal dają radę. Problem em dla mnie są te ,,właściwe” utwory. Czyli A Crescendo Of Passion Bleeding, To Eve The Art Of Witchcraft, Of Mist And Midnight Skies oraz Summer Dying Fast. Lirycznie są na odpowiednim jak dla mnie poziomie, natomiast muzycznie w porównaniu do drugiego albumu Cradle of Filth, zatytułowanego Dusk… And Her Embrace, jest dziwnie. Czemu? Ponieważ lirycznie dalej album jest genialny, natomiast muzycznie jest znacznie gorzej. Wiadome jest, że, zawsze trzeba od czegoś zacząć, to zrozumiałe. Czas jednak w tym przypadku, jeśli o mnie chodzi, a dla tych, co nie wiedzą, nie jest to pierwsza moja recenzja płyty Cradle of filth, zapewne też nie ostatnia, okazał się tragiczny w skutkach. Tyle dobrze, że jak dla mnie, zespół wyciągnął wnioski. Takie, że sam zamysł mrocznego klimatu grozy został jak najbardziej zachowany, natomiast sama oprawa muzyczna poprawiona. Nie twierdzę, że, album jest fatalny, bo byłoby to kłamstwem, jest natomiast z tych bardzo przeciętnych. Osobiście liczyłem, że, w porównaniu kiedy pierwszy raz go słuchałem , a było to jesienią 2005 roku, bo akurat Cradle of Filth samodzielnie udało mi się odkryć, to będę miał, chociaż podobne doznania, bardziej pozytywne, bo pod względem lirycznym, ten album wtedy rzucił na mnie urok. Dziś niestety, z powodu samej muzyki, przestał on już tak skutecznie działać, jak kiedyś. Niestety ku mojemu rozczarowaniu.

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Knieja – I-V (2020)

W Polsce, po raz drugi natrafiam na tajemniczy zespół. Dość sporą do tego. Jest nią krakowska Knieja. Zespół stworzony przez nieznanego, przynajmniej mi Ad Tara. 25 stycznia 2020 roku jednoosobowy zespół Knieja wydał mini album zatytułowany po prostu I-V. Chcę się przekonać, co kryje w sobie ten mini album.

I to dość dynamiczne otwarcie. Choć z czasem jest powtarzane, dopiero potem dodany inny riff, który trochę przypomina trąby. Mimo to jednak można poczuć swą obecność w lesie. W II idę dalej przez ten ,,Las” jednak mając dość mieszane odczucia. Ta kompozycja jest rozczarowująca, bo nie dostałem tego, czego nie znałem już kiedyś. III znowu jest intensywniejsza. W końcu jestem w owej kniei. Pod koniec IV usłyszałem wreszcie stemple, te odpowiadające miejscu w którym jestem. Dzięki temu się na moment zatrzymałem, aby pomyśleć. Ostatni utwór V znowu przypomniał mi gdzie jestem.

Cóż, powiem wprost, po informacji o tym, że, mam do czynienia z instrumentalnym albumem. Oczekiwałem czegoś więcej. Zamiast gęstego lasu, ze zwierzyną, czym knieja powinna być, okazało się, że, wybrałem się na spacer do lasku. Może ze skałami, ale jednak. Jak dla mnie Ad Tar się niczym szczególnym nie popisał. Co ciekawe okładka to stary obraz autorstwa:Wojciecha Gersona ,, Zwał skalisty w Dolinie Białej Wody w Tatrach” z 1892 roku. Jak dla mnie drugie z największych blackowych rozczarowań tego roku. Zachęcam do wyrażenia swojej opinii innych. Jak dla mnie Knieja nie prezentuje jakiegoś olbrzymiego potencjału.

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Rammstein – Herzeleid (1995)

Dziś wracam do twórczości, jednych z pionierów indrustial metalu, niemieckiego zespołu Rammstein. Do ich debiutu wydanego 29 września 1995 roku, czyli jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Zatytułowanego Herzeleid. Ja miałem z nim pierwszy kontakt muzyczny w 2002, czyli osiemnaście lat temu. Czy nadal ma w sobie to ,,coś”? Czy lista ulubieńców ulegnie zmianie? Czym w swojej muzyce zjednali sobie tak ogromną ilość fanów? Odpowiedzi oczywiście po przesłuchaniu. Zaczynamy!

Już po samym tytule pierwszego utworu, można było się czegoś spodziewać. Ognia! Do tego to krótkie, lecz umiejętnie budujące napięcie intro. Keyboard i perkusja (marszówka i nie tylko) Majstersztyk! Potem wchodzą dynamiczne riffy do tego wszystkiego. Do tego wokal Tilla. Ni to scream, ni to growl. Powiem szczerze, że kiedyś przy pierwszym kontakcie, było to dla mnie coś nowego. Innego. Wokale wspierające potęgowały to wrażenie. Jeszcze w trakcie sampel bądź dźwięk przeładowania broni. A w trakcie frazy, które utkwiły w mojej młodej wtedy jeszcze głowie:„ Sex ist eine Schlacht/Liebe ist Krieg /Sex ist eine Schlacht, ja/ Liebe ist Krieg’’. Do tego na sam koniec manifest: ,, Rammstein/ Rammstein/Rammstein!’’. Dalej Wollt Ihr Das Bett In Flammen jest dla mnie jednym z kultowych utworów tej grupy.

Der Meister kontynuuje energetyczną burzę. Choć tu riffy mogą po upływie czasu podchodzić nawet lekko pod thrashowe. Takie jest moje wrażenie. Nie jest on moim ulubionym, lecz zły też nie jest. Sposób, w jaki został napisany, oddaje, iż, jak słyszę jego fragment, to od razu nucę: „Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / Es kommt zu euch / ’’ …

Weisses Fleisch ma elektroniczny wstęp , znowu zapowiadający brak nudy. Energia jest bowiem odpowiednio dawkowana. Krótki nawałriffów, potem częściowy spokój, a następnie powtórka. Lecz tu mamy do czynienia z pierwszą solówką gitarową. W sumie całkiem nieźle. Do tego ten tekst. ,, Jetzt hast du Angst und ich bin soweit/ Mein krankes Dasein nach Erlösung schreit/ Dein weisses Fleisch wird mein Schafott/ /In meinem Himmel gibt es keinen Gott. ’’. Tu ponownie zostaje oddany motyw tytułu album, czyli Ból Serca.

Na Asche Zu Asche, znowu sinusoida dynamiki. Pierwsza do tego solówka na keybordzie. Potem słychać uspokojenie za pomocą basu. Ja dalej śpiewając w kółko : „Asche zu Asche / Und Staub zu Staub / Asche zu Asche /Und Staub zu Staub ”. Poziom oczekiwań całkowicie spełniony.

Natomiast z kompozycją Seemann, nadal mam ten sam problem. W założeniu ballady, chociaż w pewnym stopniu powinny urzekać, albo sprawiać, aby słuchacz coś poczuł. Ja poczułem dwie rzeczy: Najpierw ulgę, a potem zniecierpliwienie. No niestety Seemann Wam nie wyszedł, w moim odczuciu. Pomimo przerwy z mojej strony, a nie słuchałem go od 2007 roku, tak przynajmniej pamiętam. Szkoda.

Przy pierwszych dźwiękach Du Riechst So Gut, samoczynnie na mojej twarzy zagościł uśmiech. Nie przeszkadza mi zupełnie powrót do znanego schematu. Trochę inne riffy oraz elementy elektroniczne. Nie szkodzi jednak bo mimo to, dalej jest wśród moich ulubionych. Zatem: ,,Du riechst so gut/ Du riechst so gut /Ich geh dir hinterher”.

Można zrobić wolniejszą kompozycję, posiadającą trochę więcej corowych elementów? Można. Das Alte Leid to właśnie udowadnia. Cieszy fakt, iż, nie jest balladą. Tylko jednym z tych, przy których można odpocząć. Mimo to ma swój urok. Flake miał tu tez swój moment na popisy , jak również gitarzysta Richard Kruspe. Tylko nadal nie rozumiem co zespół, miał na myśli. Dodając jako sampel płacz dziecka? Uwypuklić przekaz? Być może.

Heirate Mich, to deklamacja Tilla, którą osobiście znam na pamięć. Tekst jest dla jednych poważny i romantyczny zarazem , a ale drugich mocno ironiczny. Ja zaliczam się do tej drugiej grupy ludzi. Muzycznie wszystko, co znane nie jest mi obce. Elektronika mocno współgra ze wspomnianą wcześniej deklamacją, a riffy dobrze oddają dramatyzm sytuacji. Z ciekawostek utwór ten został użyty w filmie pod tytułem Zaginiona Autostrada. Heirate Mich to nadal jeden z moich ulubieńców.

Tytułowy Herzeleid, to mocny akcent Tilla, z ponownie mocno corowym zacięciem. Na wyraźne sylabizowanie tekstu wokalista też położył nacisk, aby podkreślić przekaz. Kiedyś to robiło większe wrażenie, teraz trochę mniej. No nic efekt czasu. Szkoda.

Laichzeit to kolejny hit, który ma w sobie, to co lubię. Odrobina partii keybordku i potem od razu energia z gitar i petardy. Zmiany temp? Owszem. Budowanie napięcia? Jak najbardziej. Kontrowersyjne miłosne metafory dozwolone ,, Od lat osiemnastu”? Oczywiście! Jeden z lepszych popisów Richarda? Proszę bardzo. Zadowolony śpiewam zatem: „Die Mutter hat das Meer geholt/ Laichzeit / die Schwestern haben keine Zeit /Laichzeit /der Hund steht winkend am Gestade /Laichzeit /der Fisch braucht seine Einsamkeit Laichzeit’’. Dodam też, iż przez ten utwór parę razy w szkole na zajęciach z języka niemieckiego zostałem upomniany, przez nauczycielkę za używanie niestosownego języka. Niemieckiego oczywiście.

Zamykający utwór Rammstein, znowu buduje to napięcie. Skutecznie. Cięższe riffy wraz z perkusją, do tego Till znowu sylabizujący, lecz połączenie tego wszystkie nadal daje z……y efekt. Zakończenie z tak zwanym hukiem. Do tego tu znajduje się najlepsza jak dla mnie solówka gitarowa na tej płycie.

Herzeleid jako płyta, była i jest jedną z najlepszych z dorobku grupy Rammstein. Lista najlepszych kompozycji zmianie nieuległa i jest to osiem z jedenastu numerów z listy. To o czymś świadczy. Pomijam oczywisty fakt, że Rammstain zrobił też, coś, czego nikt inny przedtem. Dorzucił ogromną dawkę pirotechniki do swoich występów, co sprawiło, podnieśli jakoś koncertów na nieznany wcześniej poziom. Oprócz tego Rammstein był jednym z kilku zespołów, dzięki któremu, mój niemiecki, może był na poziomie dostatecznym, ale tylko przez zaspokajanie ciekawości sensu, jaki za sobą niosły teksty tej grupy. Jeśli jakimś cudem ich nie znacie to ,nie zwlekajcie zbyt długo. Naprawdę warto!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

An Evening With Knives – Sense Of Gravity (2020)

Dziś, po raz pierwszy zawitałem do Holandii. Zespół, na który natrafiłem to An Evening With Knives. 6 marca 2020 roku wydali oni swój drugi album zatytułowany Sense Of Gravity, nakładem Agronauta Records. Osobiście jestem ich bardzo ciekaw, bo spotkałem się ze skrajnymi o nich opiniami. Nie wiem, czy ich autorzy słuchali najnowszego albumu, lecz ja zamierzam to zrobić. Czy doom z Holandii mnie zachwyci? Na to liczę. Jak się okaże w praktyce? Czas się przekonać.

Już na otwierającym Sacrifice, słyszę ewidentne stonerowe brzmienie. Typ wokalu też wydaje mi się znajomy, choć przekazu emocjonalnego w nim nie brak. Co akurat jest atutem. Dominuje też znacznie bardziej spokojne tempo, bez skrajności, co nie znaczy, że, nie ma tzw. momentów zwrotnych. Gitary je doskonale określają. Po prostu w moim mniemaniu cały utwór jest lżejszy, niż zakładałem, ale to akurat również zaskoczenie bardziej na plus, niż minus. Przy przejściu pojawia się godna uwagi solówka. Potem znowu spokój i nagle nie wiadomo skąd znowu zwrot akcji. Jestem pod wrażeniem.

W Escape nacisk jest położony na bas. Co daje pewnego rodzaju wytchnienie. Lecz potem pojawia się, jak dla mnie lekko jazzowy break down. Jest też więcej doomowych elementów, co ja przynajmniej słyszę po partiach perkusji. Równolegle natomiast słychać dalej w innych riffach gitarowych, a potem bardziej melodyjna solówka będąca połączeniem heavy i stoner metalu, jak dla mnie. Jedna z lepszych na tej płycie. Na samym końcu genialny break down, gdzie doom spotyka death.

Początek Levitate, brzmi jak dla mnie bardzo podobnie do basu z Right Now, zespołu Korn. Ma trochę inspiracji nu-metalowych, pomimo dalej lekko jazzujących riffów w tle. Moment uspokojenia jest fajny, bo jest ewidentnie słyszalny, przez co można docenić kunszt perkusisty. W Turn The Page wkrada się rutyna. To, co poznałem wcześniej, choć solówka gitarowa nie jest zła. Lecz nawet w wokalu jakby zabrakło tych emocji. Tutaj zostaje zaburzona równowaga, muzycy bardziej skupili się na samej muzyce, niż na przedstawieniu poprzez muzykę, napisanego przez siebie tekstu tego utworu, a szkoda.

On Your Own okazuje się spokojniejszy. Przynajmniej na samym początku, napięcie widać jest skutecznie budowane stopniowo. Muzycy dają pełen popis swoich umiejętności. Jednocześnie można się przy tej kompozycji zrelaksować. Minimalizm wokalny udowadnia, że wyrażanie ich, poprzez śpiew, we właściwy jak na moje uszy sposób, powrócił. Co mnie cieszy. Miałem już pewne obawy, w jakim kierunku będzie szedł ten album.

Przedostatni Endless Night jest wydanym wcześniej osobno singlem. Czy spełnił swoją rolę? Szczerze? Nie wiem. Lecz powiedziałbym, że, oprócz długiej, ale bardzo dobrej solówki. Jest na Endless Night zawarta prawie cała esencja An Evening With Knives, pomijając ich nieprzewidywalność, więc chyba spełnił. Utwór sam w sobie zły nie jest, choć pod sam koniec odrobinę wirtuozerii też słychać. Kończący za to album Every Ordinairy Day, spełnia swoją rolę bardzo dobrze. Tu bowiem ekspresja wokalisty jest też odpowiednia. Muzycznie też jest odpowiednio, bo w pewnych momentach nawet transowo, przynajmniej dla mnie.

Czy holenderski An Evening With Knives mnie zachwycił? Owszem. Moją uwagę przykuł zapewne na dość długi czas. Cały album jest spójny muzycznie, lecz niestety lirycznie nie zawsze jest zachowana równowaga. Marco serwuje jak na swoje możliwości i unikalny trochę typ wokalu, wiele emocji, a przynajmniej robi co w jego mocy, co ewidentnie słychać. Ja przekonuje się, że, jednak Ivo jako perkusista więcej niż, daje radę. Najlepsza solówka na płycie? Ewidentnie Escape. Mankament, czyli Turn The Page, jest w porównaniu do całości płyty Sense Of Gravity, tak mały, że do zniesienia. Album to ewidentne arcydzieło. Gorąco polecam, ja będę do niego wracał. Do tego ta prosta, a z…….a okładka! An Evening With Knives dobra robota. Czekam na wasz koncert w Polsce. Na pewno się na nim pojawię!

10/10