I Prevail – Trauma (2019)

Kolejny raz postawiłem na nieznaną mi kompletnie grupę ze Stanów Zjednoczonych, dokładnie z Michigan, grającą metal/hardcore, mam tu na myśli I Prevail i ich najnowszy album TRAUMA. Czy zostałem pozytywnie zaskoczony? Czy wręcz przeciwnie znowu się rozczarowałem? Zobaczymy.

Otwierający Blow Down rozpoczyna się niepokojąco, a potem konkretny breakdown. Odpowiedni scream, choć obecność dupstepu o dziwo mi nie przeszkadzała. Potem nadchodzi czysty śpiew też odpowiedniej ilości. Potem znowu uspokojenie nawet gustowne. No i na koniec znowu breakdown jak trzeba, nie jest źle, wręcz przeciwnie.

Nakręcony i pobudzony słucham Paranoid i zaczynam umierać z nudów. Wokal może odpowiada do tak zwanego ,,klimatu” piosenki, ale nie jest dla mnie. Za dużo dup-stepu i elektroniki, zero dynamiki, żadnej energii, odrobina psychodenii podpartej naprawdę, jak dla mnie partią gitar i perkusji. Podobne jak nie takie same odczucia mam co do Every Time You Leave gdzie jeszcze w debiucie śpiewa jakaś Delaney Jane. Jeszcze pod koniec dla nastroju niby gitara akustyczna? Dobre dla początkujących. Mnie tym tanim zabiegiem dla nastolatków nie kupicie.

Rise Above It już bardziej przypomina początek płyty, bo scream, jak nie zawsze lubię dupstep, ale tu, doładował on tę piosenkę na moment, ale audiotune-u to nie zdzierżę, za dużo tego, no i zamiast dobrego utworu, wyszedł przeciętniak. Jednak Breaking Down jest odrobinę lepszy, bo jest tam mało tej elektroniki a więcej gitar, breakdownów i screamu u wokalisty.

Z DOA mam trochę mieszane odczucia, gdyż czasem ten czysty śpiew drugiego wokalisty po prostu mi przeszkadza. No i znowu dupstepowy breakdown. No nareszcie! Gasoline to solidana dawka metalcorowej mocy. Wracacie na odpowiednie tory. No i znowu ballada, niby Hurricane, ja rozumiem, że, jest to ważny przekaz od grupy, choć mimo tego nie jest aż, tak fatalna, jak myślałem, do zniesienia.

Let Me be Sad też, ale co za dużo do nie zdrowo, jeśli chodzi o mnie. Low znowu ten audiotune zaczyna. Reszta jako całokształt jest dobra, po połowie utworu dostajemy dość interesujący bardzo progresywny wręcz breakdown. Goodbye(Interlude) nie ma w sobie nic szczególnego, nie wiem po co, został umieszczony na tej płycie. Natomiast Deadweight to znowu zastrzyk energii. Na sam koniec znowu nużąca jak dla mnie ballada I Don’t belong here.

Krótko i na temat. Mam mieszane odczucia. Serio. Choć jednoznacznie mogę powiedzieć, że pierwsze wrażenie singla Blow Down, było mylące, niestety, bo oczekiwałem od tej płyty właśnie istnych petard, a otrzymałem trzy petardy oraz sztuczne ognie. Bo utwory takie jak Blow Down, Gasoline oraz Deadweight to za mało. Już nie wspomnę o tak naprawdę popowym wręcz używaniu audiotue. Bez przesady, choć jak z dupsteptem nie zawsze jestem za pan brat, tak w dwóch utworach został użyty z głową. Na całej płycie, było go jednak za dużo. Wokalista odpowiadający za czysty śpiew miał sporo momentów, że nie śpiewał, a jęczał. Moi ulubieńcy, do których może kiedyś wrócę? Tylko Blow Down. Jeśli metal/death core są dla Was za ciężkie, a chcecie etapowo rozpocząć przygodę z tymi nurtami, od biedy możecie, zacząć od tego krążka, ale to już będzie Wasza decyzja. Ja jestem rozczarowany płytą. Biorąc wszystkie czynniki pod uwagę, mogę dać jednoznaczną ocenę temu krążkowi.

6/10

Within Temptation – Resist (2019)

Dawno już nie wracałem do metalu symfonicznego, uznałem, że, warto nadrobić zaległości, tym bardziej iż weterani tegoż nurtu dość niedawno wydali swój najnowszy album zatytułowany Resist. Przyznam szczerze, że, nie wiem czego się spodziewać, gdyż zawsze byłem, w tak zwanej grupie fanów Nightwisha, a przez to nie znam aż tak dogłębnie ich całej dyskografii, choć wszystkie albumy słyszałem, coś ten z 2014 roku, czyli Hydra mnie trochę rozczarował. Zobaczymy, jak będzie w tym przypadku.

Utwór otwierający The Reckoning nie tylko za pierwszym, lecz potem za każdym razem, brzmiał jak intro do jakiegoś serialu sc-fi. Wokal Sharon den Adel niezmieniony jest odpowiedni jak dobrze również dobrany do duetu głos Jacoby Shaddixa z Papa Roach. Dużo elektroniki, lecz żadnego solo gitarowego, zmiany i przejścia temp nadaje Sharon, ni na koniec dup-step i to duża ilość. Za duża.

W drugim Endless War na początku perkusja jest bardziej słyszalna, lecz potem znowu elektronika i nawet cyfrowa perkusja. Pojawia się monotonia i nuda, bo przy pierwszym razie, chciałem wiedzieć, o czym jest tekst, potem już mi to było zupełnie obojętne. Jeżeli można znaleźć tu coś, co może się podobać to głos Sharon i jej zabiegi wokalne.

No dobra nie będę się bez potrzeby rozpisywać. W pozostałych utworach czy też nawet piosenkach wszystko zlewa się ze sobą, więc teraz skupię się na tym, co może je rozróżniać. W trzecim Raise Your Banner jest scream Andersa Fridéna, który buduje nastrój no i jest odrobina epickości, czyli elementów prawdziwej symfonii, no i wreszcie gitarowe solo, w sumie lepiej późno niż wcale jak to mówią.

Supernova to tytułowe w sumie kosmiczne dźwięki, no i kolejna próba zbudowania podniosłego nastroju za pomocą chóry, lecz dla moich uszu nieudana. Holy Graund ma inne intro, dość krótkie, ale jednak tak samo na In Vain. Firelight to zupełnie nieudana ,,nowoczesna” ballada gdzie jakikolwiek metal usłyszeć można w połowie. Szczerze to już przy drugim przesłuchaniu czekałem aż się skończy.

Mad World jest najmniej nasycony elektroniką, o i tu też jest zbudowany dobry nastrój i nie tylko przez Sharon. To czyni go w moich uszach jako drugą najmniej znośną piosenką na tym krążku. Mensy Mirror natomiast jest balladą, która spełnia tylko swoje zadanie, nie wywołując u mnie stanu, dzięki któremu w przeciągu jednego dnia posłucham jej z 10 razy. Ostatni Trophy Hunter zaczyna się ciężkim niby breakiem, lecz potem spokój, choć gitary są bardzo słyszalne, czyli elektronika i wokal Sharon i znowu break, no w sumie można i tak, co akurat można uznać za znośne, bo to ostatni utwór.

Podsumowując, nie będę owijał w bawełnę. Jestem totalnie rozczarowany, gdyż ta płyta zupełnie nie jest symfoniczna, lecz elektroniczna z elementami dup-stepu, a samego metalu usłyszeć można na niej tyle, co nic. Fakt nie brakuje bardzo dobrego wokalu Sharon, lecz to wciąż za mało. Ja rozumiem naprawdę eksperymenty i torowanie nowych ścieżek, kierunków, nawet fakt, iż, ponoć jest to najbardziej osobisty lirycznie album dla Sharon. Serio, ale przynajmniej dla mnie, sam tekst i sam wokal nie obronią muzyki, a raczej płyty, która wpada jednym uchem, a wylatuje drugim. Bo Raise Your Banner i Mad World, które są dla mnie najbardziej akceptowalne i po trzecim ich włączeniu nie miałem ochoty przerwać, no to nie wystarczy. Myślałem, że, jak dam tej płycie też 5-miesięczną przerwę to będzie inaczej, racja było, ale ważenia takie same. Tak też na sam koniec, jeśli ktoś nie znał wcześniej z dorobku tego zespołu ich opus magnum, czyli Mather Earth, pewnie Resist mu się spodoba, ja znałem nie tylko ten, bo pomimo mojej większej miłości do Nightwish, której się nie wyprę, ten zespół moim w odczuciu już nie reprezentuje tzw. nurtu metalu symfonicznego. Tak jak zawsze doceniam eksperymenty, to nie zawsze są one akceptowane przez moje uszy, choć obawiam się, że, dla holenderskiego Within Temptation to ich ,,nowa ścieżka” i ,,styl”. U mnie ta płyta na chwilę obecną dzierży tytuł najbardziej nieudanego albumu tego roku, takie jest moje zdanie. Jak znając życie, fanatycy Within temptation będą krzyczeć inaczej, mają do tego prawo tak jak ja do posiadania własnego zdania.

2/10

Merging Flare – Revolt Regime (2019)

Ach ta Finlandia. Tym razem akurat z zespołem Merging Flare oraz ich najnowszym albumem Revolt Regime wydanym 14 czerwca 2019, miałem kontakt z powodu osoby która gościnnie na tej płycie wystąpiła. Mam tu na myśli Kasperiego Heikkinena znanego szerszej publice jako gitarzyście zespołu Beast in Black, z kolei który znalazł się w gronie moich ulubionych zespołów. Śledząc więc poczynania Kasperiego stwierdziłem może warto tą płytę przesłuchać? Tak też uczyniłem, więc podzielę się z wami swoimi wrażeniami co do tego albumu. Czy z powodu udziału Kasperiego miałem wygórowane oczekiwania? Czy wrócę znowu do tego albumu? Wszystko się okaże w swoim czasie.

Rozpoczynający płytę Trailblazers brzmi bardzo zachęcająco. Wokal Martiasa Palma wyjątkowo wpasowuje się w bardzo dynamikę oraz do tego motoryka i energia. No i solo Kasperiego. Na razie jest dobrze. Następny Alliance in Defiance jest równie energetyczny, lecz mam wrażenie że, już nieco lżejszy. Oprócz tego też z wokalem frontmena jest już coś nie tak. Znowu dobra solówka, lecz zwolnienie pod koniec,nie wychodzi kompozycji na dobre.

Z Clarion Call jest też coś nie tak. Wokal osłabł a jeszcze te gitary sprawiające wrażenie klawiszy. Niby chór wspomaga Martisa, niby jest wszystko ok,ale zachwyt opada jak kusz. Jeszcze te trochę prze kombinowne blasy. Słysząc The Abyss of Time trochę Beast in Black mi się przypomniał, ale tylko na krótki moment. Bo kompozycja wpada i wypada mi jednym uchem, bez żadnej jakiejś pozytywnej reakcji u mnie nie wzbudzając. Z Mind’s Eye (Reaching Out) jest tak samo. Co jest? Początek War Within brzmiał też dobrze, ale na tym się skończyło. Może z Midwinter Magic będzie lepiej, tak sobie myślę? Skądże, pomimo próby stworzenia ballady, to jak dla mnie ta kompozycja, nią nie jest ,a już na pewno nie dobrą.

Z Devastator jest odrobinę lepiej, bo ratuje nie co sytuację, taką dynamiką i energią jaką oczekiwałem. Sin Against the Sinner znowu zawodzi mnie pod każdym muzycznym względem. Natomiast ostatni The Lucky One okazuje się jeszcze gorszą balladą od Midwinter Magic.

Krótka piłka z mojej strony. Przed przesłuchaniem przeczytałem, że album, jest inspirowany Judas Priest, Accept, Running Wild, Helloween oraz Gamma Ray. Rozumiem, inspirować się trzeba, ale nie wiem, może jestem coraz bardziej głuchy, lecz po 5 przesłuchaniach ja tu nie słyszę żadnej autorskiej inwencji twórczej, zwłaszcza takiej, która by na kolana powalała, prawie nic, zero. Odmówić Kasperiemu dobrych solówek nie mogę, bo fakt są one nawet bardzo dobre. Co z tego skoro album można streścić w dwóch kompozycjach Trailblazers oraz Devastator. To nie jest ekstraklasa heavy metalowa, a raczej czwarta liga. Szkoda, bo znany ze współpracy z Beast in Black również artysta Roman Ismailov, zrobił dobrą okładkę. Jestem bardzo rozczarowany, lubię naprawdę heavy metal, lecz ta płyta jest dla mnie bardzo przeciętna, a Martis wielkronie czasem brzmiał mi w uszach jak Brian Johnson z AC/DC. Nie wierzę sam, co słyszę, lecz pierwszy raz jestem rozczarowany albumem, który pochodzi z Finlandii. Jestem fanem hard rocka czy czystego rock’nolla, ale traktuję go jako tzw. przystawkę dla prawdziwego czystego heavy metalu. Tu fuzja tych trzech nurtów dostarczyła płytę, do której nie zamierzam wracać. Z całym oczywiście szacunkiem dla muzycznego kunsztu gitarzysty Kasperiego Heikkinena, ocena w takim przypadku może być jedna, dodając fakt, że, grupa wydała tę płytę po 8-letniej przerwie.

4/10

Behemoth – I Loved You at Your Darkest (2018)

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich zespołów metalowych za granicą jest oczywiście Behemoth. Jego frontman Adam ,,Nergal” Darski poprzez swoją charakterystyczną osobowość nie tylko po za, ale również w Polsce jest bardzo znany. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ obiecałem Joannie, że kiedyś, którymś z albumów Behemotha się zajmę i oto słowa mego dotrzymuję. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami, pierwszymi oraz potem kolejnymi, odnośnie do najnowszego krążka tejże grupy zatytułowanego I Loved You at Your Darkest, wydanego 5 października 2018 roku. Jakie było moje pierwsze wrażenie po wysłuchaniu go w całości? Co się zmieniło od pierwszego przesłuchania? Czy mnie rozczarował? Czy zasłużenie otrzymał Fryderyka w kategorii Metal? Wszystkie odpowiedzi po kolei i na spokojnie. Zaczynamy.

Już samo intro Solve spisuje się dobrze. Zwłaszcza ten dziecięcy chór powtarzający frazę: I shall not forgive! Jesus Christ! I forgive thee not! . Gęsia skórka i napięcie zbudowane po mistrzowsku. Moje uszy aż nie mogą się doczekać!Wolves Ov Siberia to akurat stylistyka znana ze zdecydowanie wczesnych lat funkcjonowania zespołu. Jednak tu następują również zmiany temp, gdzie kolejny riff słychać. Aż utwór Lasy Pomorza mi się trochę przypomniał nostalgicznie.

Początek God = Dog wielu może zbić z tropu. Jak mnie na początku. Kompletnie inne, chociażby brzmienie gitar. Powraca dobrze znany z intra dziecięcy chór. Klimat natomiast jest zbudowany jak dla mnie na przynajmniej trzech doskonale zastosowanych przejściach, jeśli chodzi o samo tempo utworu. Do tego dobra solówka gitarowa Negala. Inną kompletnie sprawą jest mistrzowski tekst i element dzieci, które przez swój wiek są najbardziej podatne na jakiekolwiek manipulacje.

Na Ecclesia Diabolica Catholica występuje znowu kompletnie inny riff otwierający, lecz tu utwór jest prostszy w konstrukcji, a jednocześnie znajduje się na nim jedna z trzech najlepszych gitarowych partii solowych na tym albumie. Nie mówiąc już o fenomenalnym przejściu pod sam koniec na samą gitarę akustyczną, co ma wręcz symboliczne znaczenie.

Otwarcie kompozycji Bartzabel znowu zwiastuje burzę. Tu też pierwszy raz Negal nie growluje, nie deklamuje, a śpiewa, co tak naprawdę pierwszy raz zrobił na debiutanckim krążku, jego drugiego zespołu Me an That Man. Jak na muzyczną inspirację średniowiecznym rytuałem przywołania tytułowego demona, kompozycja jest bardzo wysublimowanie skomponowana.

Na If Crucifixion Was Not Enough jest dużo bardziej transowo niż intensywnie. Dopiero w połowie jeden kamyczek zmienia się w istny głaz. Natomiast owy głaz spada raz, a potem znowu trans. Angelvs XIII jest moim skromnym zdaniem najcięższym utworem na tej płycie. W pojęciu samego albumu to dobrze, lecz puszczony jako samodzielny, wyrwany z kontekstu się nie sprawdza.

Na Sabbath Mater mamy trochę powtórkę jak z Ecclesia Diabolica Catholica chodzi o początek. Tu nie słyszymy tylko Nergala. No i tu znajduje się solówka numer dwa, jeśli chodzi o całą płytę. Havohej Pantocrator otwierający bass wykonany przez Oriona wcześniej na dobrze znanym Blow Your Trumpets Gabriel z poprzedniego albumu grupy The Satanist. Oprócz tego ponownie zmiany temp dają radę. Na Rom 58 znowu trans. Natomiast w ostatniej pełnej kompozycji We Are the Next 1000 Years najbardziej moim uszom spodobała się perkusyjna uczta i pokazania po raz kolejny mistrzowskiego kunsztu Inferna. Jako klimatyczne outro Coagvla też spełniło swoją funkcję.

Tutaj podsumowanie płyty będzie nietypowe. Dlaczego? Dlatego iż kiedy pierwszy raz słuchałem tego albumu, to pomimo iż The Satanist znałem, to i tak doznałem szoku. W sensie myślałem, że pomyliłem zespoły. Potem po oswojeniu się i mylnym, a przez co dość lekko odrzucającym pierwszym wrażeniu, po dokładnie 4 miesiącach przerwy powróciłem do tej płyty. Na chłodno i po mentalnym oraz słuchowym dojrzeniu moje odczucia zmieniły się o 180 stopni. Ten album jest kontynuacją muzycznej drogi, jaką grupa obrała na The Satanist. Co mnie jeszcze bardziej zaintrygowało to fakt, iż Neal, oparł teksty na Biblii, pokazując jej ciemną stronę. Pojęcia albumu kompletnego, dopełnia też okładka płyty autorstwa Nicola Samori. Choć tak jak w przypadku poprzedniej płyty był minimalizm, to tu na ILYAYD postawiono na epickość, co było bardzo dobre. Orkiestrowe aranżacje też zrobiły swoje. Płyta zasłużyła na otrzymanego Fryderyka w 666% procentach. Bo połączenie jazzowych bądź jak wcześniej pisałem transowych wręcz gitar oraz perkusji, ze znanymi z death i black metalu elementami, dodając orkiestrę pod batutą Jana Stokłosy, tworzy kolejne chyba najbardziej epickie i zróżnicowane muzyczne arcydzieło w dorobku zespołu Behemoth. Album nie jest dla każdego, no i aby się nim zachwycić, też warto czasem po pierwszym przesłuchaniu, dać mu drugą szansę. Ja dałem i nie żałuję, nie czując się w żadne sposób rozczarowany tą płytą. Co do nieświętej trójcy płyty to Ecclesia Diabolica Catholica, Bartzabel oraz Havohej Pantocrator. Czekam teraz tylko niecierpliwie na wrześniową trasę po Polsce, aby móc usłyszeć tę płytę w całości jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Ocenę mogę wystawić w takim przypadku tylko jedną i wiecie jaką. Teraz mogę powiedzieć: Obietnica spełniona Joanno, pozdrawiam serdecznie.

10/10

GloryHammer – Legends from Beyond the Galactic Terrorvortex (2019)

Ostatnio tak mocno zastanawiałem się, nad powrotem do folku, a raczej pirackiego metalu, mam tu na myśli szkocki Alestorm. Jednak wpisuję Christopher Bowes, a tu znienacka algorytm youtube pokazuje Gloryhammer. Okazuje się, że Christopher Bowes założył go w 2010 roku. Grupa wykonuje kosmiczny power metal oraz śpiewa alternatywną wersję szkockiej historii osadzoną w kosmosie. Pierwszy raz byłem wdzięczny youtubowi za jego algorytm. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami odnośnie do najnowszego albumu grupy zatytułowanego Legends from beyond the Glactic Terrorvortex, wydanego 31 maja tego roku, przez Napalm Records. Czy przesłuchanie tego krążka było dobrym pomysłem? Zobaczymy.

Utwór, a raczej intro Into the Terrorvortex of Kor-Virliath, już powoduje u mnie podniosły nastój. Drugi The Siege of Dunkeld (In Hoots We Trust) utrzymuje epickość i rozpoczyna się bardzo dynamicznie. Do tego ten chór, bardzo dobry pomysł. Potem w odpowiednim momencie wchodzi bardzo dobry wokal Thomasa Winklera. No i wreszcie kosmiczne klawisze Chrisa. Dobre są też zmiany temp i przejścia oraz genialnie zrobiony głos złych charakterów, czyli Zargothaxa i Mrocznego Imperatora Dundee.

Masters of the Galaxy utrzymuje podobną tendencję, z pewnymi wyjątkami. Kompozycja, a raczej singiel jest bardziej chwytliwy, poza tym ten zły głos przeplatający się z głównym wokalem, wraz z efektem złego śmiechu, robi wrażenie. Do tego partie podkreślające gitarę basową oraz naprawdę dobra gitarowa solówka. Potem w The Land of Unicorns, to ja dostałem jednego z największych zaskoczeń co do tekstów, bo na początku to pomyślałem, że, to taki tytułowy żart. Jednak nie bo bohaterowie naprawdę mają chronić dolinę jednorożców przed złem. Muzycznie wyróżniają się tu dwie partie solowe gitarowa i klawiszowa. Choć nie, jeszcze faktycznie wokal, a zwłaszcza pod koniec to jest ,,coś”. Power of the Laser Dragon Fire oraz Legendary Enchanted Jetpack utrzymują dobry poziom, choć niby motoryka gitar jest, niby wszystko ok, ale sama chwytliwość trochę kuleje.

Natomiast Gloryhammer ma wszystko, co trzeba. Sam wstęp zapowiada petardę. Gdy moje uszy słyszą chwytliwe riffy, dobrą perkusję to tego, headbanging oczywiście gwarantowany. Do tego chór też robi swoje. Jeszcze te słowa powtarzane przez robota-super sprawa. Najlepsza fuzja gitar i klawiszy na płycie. Do tego te kosmiczne przejścia. To samo jest w przypadku Hootsforce. Tu jest jeszcze bardziej dynamicznie. Co ciekawe struktura muzyczna przypomina mi mocno pierwotny zespół Chrisa, czyli Alestrom. W tym przypadku to jest akurat komplement, bo nogi w moim przypadku same rwą się do pogo. Tylko co ciekawe wokal Thomasa zupełnie moim uszom nie przeszkadza, bo zwolnienia też w tym utworze występują oraz ten śpiewający robot. Te dwa single są singlami idealnymi.

Przed ostatni Battle for Eternity też jest dobry. Nie jest przesadzony, ale jednak do miana hitu mu troszkę brakuje, choć klawisze przypominające kalwesyn brzmią ciekawie, jednak to za mało. Sam tekst jednak sugeruje przygotowania do finalnej bitwy dobra ze złem. Z ostatnim The Fires of Ancient Cosmic Destiny miałem na początku problem, bo nie rozumiałem sensu zamieszenia prawie 13-minutowego zakończenia. Jednak zmieniłem zdanie i tu rozgrywa się finalna potyczka. Muzycznie jest ona na początku lekko przytłaczająca, choć to złudne wrażenie. Zły ,,Lektor” wszystko nam objaśnia, tak samo wokal, co lekko mnie zirytowało, sam koniec jest owiany nutą tajemnicy. Bo nie wiemy, czy Ci dobrzy wrócili szczęśliwe, czy też nie.

Podsumowując. Sam jeszcze oprócz najnowszego krążka Gloryhammer presłuchałem ich dwa poprzednie, myśląc, że będą lepsze, okazały się takie same, ale jeszcze bardziej pomogły mi zrozumieć sens liryk. Co do samej płyty, słuchając jej wielokrotnie, przypomniałem sobie też z dzieciństwa takie serie gier jak Starcraft, Warcraft oraz Heroes of Might and Magic. Dla mnie muzyka, fabuła, bo inaczej tego nazwać nie umiem, układa się w naprawdę dobrą fabularną strategiczną grę w starym stylu. Do tego okładka jest genialna. Serio dla mnie właśnie tak to wygląda, a idealna spójność płyty, utwierdza mnie w tym przekonaniu. Moimi ulubionymi utworami bądź misjami, miłośnicy gier wiedzą, o co chodzi, są w kolejności. Pierwszy Gloryhammer, drugi Hootsforce, trzeci Masters of the Galaxy, a na końcu jako finalna walka z ,,bossem” The Fires of Ancient Cosmic Destiny. Muzycznie zespół uderzył w moją kolejną słabość i pasję, czyli zamiłowanie do gier typy Sci-FI oraz Fantasy. Jako albumu kosmiczno-power metalowy na chwilę obecną, biorąc wszystkie przedstawione przeze manie aspekty pod uwagę, ten jest dla mnie numerem jeden w 2019 roku na chwilę obecną.

10/10

Astral Doors – Worship or Die (2019)

Doznałem oświecenia, usłyszałem naprawdę zespół warty zainteresowania, to wszystko dzięki Beacie. Mówię tu o szwedzkim Astral Doors, macierzystej grupie wokalisty Nilsa Patrika Johanssona, znanego mi wcześniej z grypy Civil War (złożonej z byłych członków Sabatonu). Długo się zastanawiałem co wybrać, ale w ostateczności postawiłem na ich najnowszy album Worship or Die, wydany 26 kwietnia tego roku, nakładem wytwórni Metallville. Czy warto po nie sięgnąć? Czy wreszcie ktoś będzie lepszy dla mnie od szwedzkiego Hammerfall? Wraz z odpowiedziami na te pytania, podzielę się swoimi wrażeniami odnośnie do owej płyty.

Night of the Hunter jako otwierająca kompozycja i singiel jednocześnie sprawdza się całkiem nieźle. Dość krótkie intro wraz z bardzo dobrym riffem otwierającym, do tego bardzo charakterystyczny wokal Nilsa, czasem wspomagany chórkiem. Oprócz tego dwie dobre, choć krótkie gitarowe solówki. Jest dobrze. This Must Be Paradise wyróżnia się co odrobinę innymi riffami, bardziej heavy metalowymi. Bardziej natomiast spodobał mi się tytułowy Worship or Die, oparty na thrashowych riffach i mający dwa dobre beakdowny, do tego te mroczne partie klawiszy. Do tego odpowiednio długa i dobra solówka. Concrete Heart nic nie brakuje, lecz sam w sobie jakoś z nóg mnie nie zwalił, co nie znaczy, że, nie doceniam nastrojowego wokalu Nilsa, który chciał zrobić z niego balladę. Mistyczny wstęp i gitara bardziej przykuły moją uwagę przy wstępie do utworu Marathon i odpowiednio zbudowały napięcie, do tego odpowiednie zmiany temp, marszówki, .w pewnym momencie breakdown. Jeszcze to zakończenie. Epickie chórki wraz z marszówką.



Desperado jest jednak przeciętny, pomimo podobnej struktury jak wcześniejszy utwór. Po prostu bez szału, co nie znaczy, że jest złe. Ride the Clouds jak dla mnie jest typowym dynamicznym numerem, choć bez odrobiny tego czegoś. Light at the End of the Tunnel to znowu ballada, której odrobinę brakuje, choć wszystko niby jest, w tym i kolejna dobra solówka. Nawet ten wirtuozerski wokal z Marathon, lecz jednak nie.

St. Petersburg to znowu inna sprawa. Znowu ten klawiszowy mrok, wraz z dobrą gitarą. Oprócz tego w tym utworze Nils śpiewa dla mnie jakoś bardziej przekonująco, może dlatego, że, o rosyjskim Rasputinie? Tak tekst napisał, że, nigdy nie będę na te 100 procent pewien, lecz 99%. Dobry ruch panowie. Triumph and Superiority kolejna mocna dawka dynamiki poprzez motorykę gitar, nie ma to, jak mocna kolaboracja gatunkowa. Bez pompatyczności tylko konkretnie i na temat. Jak dla mnie najszybszy utwór na płycie, wraz z dotrzymującymi tempo solówkami. Następny Let the Fire Burn daje trochę wytchnienia, choć i tak headbanging mam przy nim. Ostatni Forgive Me Father jest dla mnie prawdziwą zagadką. Tu akurat mamy do czynienia z drugą na płycie udaną balladą. Tekst jest naprawdę intrygujący, można go interpretować na wiele sposób. Zespół doskonałego wyboru na kompozycję zamykającą tę płytę.

Podsumowując. Sam zespół Astral Doors ma 75 procent heavy metalu a 25 to epickość i zabiegi znane z power metalu. Wokal Nilsa oprócz większej chrypki, bardzo mi przypina Dio, co akurat jest plusem. Jeśli chodzi o sam album , to wiele jest opinii, w tym i moja, że od czasu New Revelation nie mieli w swoim dorobku płyty przepełnionej tak chwytliwymi i melodyjnymi utworami. Jeśli chodzi, o najlepszy to dla mnie to jest ich sporo: Night of the Hunter, Worship or Die, mistrzowski Marathon oraz St. Petersburg, a z dynamicznych Triumph and Superiority, czyli ponad połowa albumu. Jako całość album jest jak najbardziej spójny. Dodatkowym plusem jest fakt, iż, biorąc pod uwagę ilość bardzo dobrych solówek, na chwilę obecną Worship Or Die w kategorii album heavy metalowy 2019 roku, prowadzi wyrównaną w moich uszach batalię z fińskim Beast in Black. Jeśli nie znaliście Astral Doors, ta płyta jest ich doskonałą wizytówką.

10/10

Amorphis – Qeen of Time (2018)

Znowu Finladia nie zawodzi, zresztą jestem ciekaw czy kiedykolwiek tak się stanie i zespół z tego kraju, będzie dla moich uszu zły. Wspominam o tym, gdyż z tego właśnie kraju, pochodzi zespół Amorphis. Zabawne jest to, że, nie słuchając ich albumów wcześniej, tylko parę utworów, od czasu usłyszenia ich na żywo podczas zeszłorocznej edycji Masters of Rock, nie mogłem przestać o nich myśleć oraz wyrzucić z mojej setlisty. Miłość od pierwszego usłyszenia na żywo po prostu. Dziś podzielę się z Wami na chłodno, swoimi odczuciami, jeśli chodzi o ich najnowszy album Qeen of Time, wydany 16 maja zeszłego roku oczywiście przez Nuclear Blast. Czy mnie rozczarował? Czy okazał się inny lub lepszy od ostatniego Under the Red Cloud? Przekonacie się. Dodam, iż jest to wersja z bonusami.

The Bee , czyli kompozycja otwierająca i będąca jednocześnie jednym z singli promujących płytę jest po prostu świetna. Elektroniczne intro jest dobre, do tego głos kobiecy dobrany idealnie. Mocne gardłowe, a potem growlowe wejście, wraz z odpowiednimi riffami oraz perkusją. Zmiana wokalu na czysty, przy elektronicznych partiach to po prostu magia. Dodajmy fakt, iż wokal Tomiego został wzmocniony gardłowym śpiewem, w wykonaniu pierwszego z gości na albumie, czyli Alberta Kuvezina. Do tego jeszcze kwestia liryczna, no po prostu kompozycja idealna, a na żywo jeszcze lepsza niż na płycie

Na Message in the Amber słychać nawiązania do poprzedniej kompozycji, lecz później rozpoczyna się inna historia. Jest bardzo dobry a do tego nastrojowy jazzowo-progresywny fragment. Deklamacja oraz rozległość od growlu do czystego śpiewu udowadnia z kim mamy do czynienia. Jednym z najzdolniejszych wokalistów. Oprócz tego solowa partia klawiszy wraz z intensywną perkusją. Partie wzmacniające wokal Tomiego też zostały bardzo przemyślanie zaaranżowane. Od męskiego do strike kobiecego.

Początek Daughter of Hate to kościelne organy, lecz potem już wchodzi trochę thrashowy riff. Sam utwór jest dość łagodny do czasu growlu pomieszanego ze scremem od Tomiego. Potem nie wiadomo skąd gościnnie Jørgen Munkeby, gra bajecznie jazzowe solo na saksofonie. Za każdym razem jest to niespodziewany dla mnie muzyczny twist. Do tego te chórki wraz z kolejną deklamacją. Kolejne gitarowe solo, wraz z fińsko języczną narracją wykonaną przez Pekka Kainulainena. Samych zmian temp wraz z nastojem było bardzo wiele.

Pierwsze dźwięki The Golden Elk brzmią znowu intrygująco niby znany kobiety głos, ale w zupełnie innej intonacji. Potem gitary wraz z perkusją robią swoje. Zastanawia mnie, zastosowanie innego, lecz znowu thrashowego riffu jako dominującego. Jednak chwytliwość sprawia, iż, przykuwa on uwagę słuchacza, nawet po wielu odtworzeniach. Potem zmiana tempa na spokojniejsze z doskonałym wejściem partii smyczkowych wraz z odpowiednią perkusją. Smaczkiem oraz kolejnym twistem jest wirtuozerskie solo instrumentu Ud, wykonany przez kolejnego gościa na płycie, czyli Affifa Merheja.

Wrong Direction to kolejny singiel, co zresztą słychać. Czy to źle? No tak i nie. Przez prawie cały utwór mamy do czynienia z czystym śpiewem. Instrumentalnie zrobiło się przeciętnie, jeśli chodzi o wcześniejsze kompozycje, szkoda trochę, potencjał nie do końca wykorzystany.

Heart of the Giant zaczyna się wręcz bardzo zmysłowo-balladowo gitarą. Potem następuje dołączenie pozostałych instrumentów, co sprawia, że się myliłem. Bo to było i jest, orientalne brzmienie po prostu. Wokalnie Tomi zaskoczył mnie fragmentami, gdzie przy pomocy growlu prawie rapował, jak przynajmniej za każdym razem miałem takie wrażenie. Oprócz tego pod sam koniec partie chóru oraz kolejne keybordowe solo, a potem gitarowe, wszystko to z zachowaniem, wcześniej wspomnianego orientalnego brzmienia. Epickim zakończeniem jest fuzja chóru ze wspomnianym wcześniej wokalem Tomiego.


We Accursed zaczyna się folkowo. Kto odpowiada za to? Jeszcze jeden gość tym razem znany przede wszystkim z Eluveite, Christian „Chrigel” Glanzmann. Oprócz folkowego klimatu jest to dla mnie może nie przeciętny, ale dobry utwór. Nie zaprzeczę, iż, wirtuozerskie przejścia perkusji i gitar są ciekawe, oprócz tego znajdzie się też całkiem niezła solówka gitarowa, lecz żeby mnie zachwycić to odrobinę za mało, choć brakowało nie wiele.

Grain of Sand to znowu orientalne otwarcie. Riffy gitar jednak są tu bardziej hardrockowe, przynajmniej dla mnie. Warta uznania jest oczywiście gitarowa solówka. Większe ożywienie czy motoryka ze strony gitar, a przez to całego utworu, następuje bardzo późno jak dla mnie. Lepiej późno niż wcale w sumie.

Ostatnim singlem jest Amongst Stars, gdzie w roli ostatniego gościa albumu występuje holenderska wokalistka Anna Maria van Giersbergen. Muszę przyznać, iż wraz z Tomim we dwoje stworzyli duet idealny. Pomimo iż jest to singiel, zaczarował mnie swoim klimatem. Do tego jeszcze odrobina folku i partii fortepianu oraz bardzo dobre gitarowe solo. Tu dla mnie ma się do czego przyczepić, takie utwory to niech stacje radiowe puszczają, choć wiem, że tak się niestety nie stanie.

W normalnej wersji płyty, ostatni Pyres on the Coast zaczyna się, bez żadnych ,,udziwnień” , co mnie akurat paradoksalnie zdziwiło. Wszystkie instrumenty są utrzymane na odpowiednim poziomie, lecz znowu szału brak, choć tu zaraz wchodzą elektroniczne popisy Kallio, a potem spokojny fortepian, aż wreszcie znowu gitarzysty. Na sam koniec kościelne organy to przysłowiowa wisienka na torcie. Tak jak początek płyty był idealny, tu też jest idealnie.

As Mountains Crumble już na wstępie dostajemy gitarowe solo. Potem Tomi zaczyna śpiewać czysto, balladowo wręcz, do tego ta gitara akustyczna. Zmiana na growl, a potem scream, jest chwilowa. Co ciekawe, jest to dla mnie jedyny utwór, gdzie można usłyszeć aż dwie gitarowe solówki, tylko ta druga jest dłuższa i jazzowa. Potem wkracza keybordzista ze swoim solo. Miłośnicy solówek mają na czym zamiesić uszy.

Brother and Sister to nastrojowe partie fortepianu, wraz z potem dołączonymi partiami instrumentów smyczkowych. Tu akurat gitary są przynajmniej dla mnie tłem. Oczywiście zmienia się to gdy na pożegnanie, dostajemy jednakowo, gitarowe oraz keybordowe solo. Co mnie bardzo cieszy owa kompozycja też, okazuje się również idealnym utworem zamykającym.

Podsumowując. Amorphis to zespół, który udowodnia, że, można połączyć prawie wszystkie nurty metalu. Bardzo rozbudowane partie poszczególnych instrumentów, mam tu na myśli solówki Kallio oraz Holopainena, wraz z perkusją Rechbergera, która je łączyła w całość. Wszechstronny wokal Tomiego też jest istony, gdyż jak dotąd, może jeszcze się to zmieni, kto wie, moje uszy nie spotkały się z tak wybitnym wokalistą, jakim jest, jeszcze kwestia chóru oraz bogata paleta gości na albumie. Dwa twisty muzyczne, których moje uszy się kompletnie nie spodziewały. To wszystko sprawia, iż , określę ten album progresywnym w 100%, oprócz tego przenoszącym słuchacza przez wiele wymiarów doznań. Ja przynajmniej za każdym razem mam takie odczucia. Co ciekawe, zwlekałem z recenzją, gdyż ten krążek, równał się dla mnie z wielokrotnym muzycznym K.O, co akurat również jest komplementem z mojej strony. Dodam jeszcze od siebie, iż od czasu mojej pierwszej styczności z metalem progresywnym, nie miałem okazji słuchać aż tak doskonałego arcydzieła, pod każdym względem. Czy Qeen of Time mnie rozczarował? Wręcz przeciwnie. Totalnie zachwycił. Czy okazał się lepszy od ostatniego albumu Under the Red Cloud? Na pewno okazał się inny. Dla mnie jest to wszechstronny album ubiegłego 2018 roku, w kategorii instrumentalnej oraz progresywnej najlepszy. Wątpię, aby jakakolwiek płyta z 2018 roku, sprawiła, abym po tylu przesłuchaniach, leżał na deskach”, jednak pomimo siniaków, szczęśliwy z uśmiechem na twarzy.

10/10


Rammstein — Rammstein (2019)

2019 rok to wielki powrót niemieckiego zespołu Rammstein, choć wielu w tym i ja uznało, iż, udali się na tzw. muzyczną emeryturę. Po dekadzie przerwy, nie licząc singla My Land z 2011 roku. Wydali 16 maja tego roku album zatytułowany po prostu Rammstein. W sumie w prostocie siła. Dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami po wielokrotnym przesłuchaniu tego wydawnictwa. Czy warto było tyle czekać na ich powrót? Przekonajmy się.

Wielkie kontrowersje od zawsze towarzyszyły tej grupie. Nie inaczej było w tym przypadku. Mówię tu o pierwszym utworze Deutschland , który był pierwszym singlem promującym. Od pierwszych nut, wiem, z czym mam do czynienia. Dobrze dopasowane partie elektroniczne, do tego ten riff. Oprócz tego nie da się, nie usłyszeć nawiązania do starego klasyka Rammstaina Du Hast. Jedyne co nie tak w pełni 100 procentowo przekonało to ten wokal w tle, bo Till wypadł fantastycznie. W wersji z klipem ta symbolika tytułu jest oddana bardzo mocno, ową kontrowersją pewnie było powierzenie roli Germanii czarnoskórej, no ale cóż, jakby nie było zamieszania, nie przykułoby to uwagi. Till co do własnego kraju ma bardzo skrajne odczucia, bo raz go kocha, a raz nienawidzi. W całokształcie: muzycznym, lirycznym oraz wizualnym jest mistrzowskie otwarcie płyty.

Drugim singlem jest Radio. Tu też jest wszystko, jak trzeba. Choć elektronika przypomina bardzo krótki romans niemieckiego techno z dup-stemem, jednak chwytliwości brzmienia tej mieszanki sprawia, iż, ów romans był udany. Gitarowe riffy, zmiany temp oraz budowanie napięcia. Jak na razie prostota rządzi. Zeig Dich to znowu inna sprawa. Choć samym cięższym brzmieniem, przypomina mi kilka kompozycji z ich drugiej albumu Sehnsucht, a dokładniej najbardziej Bück dich, to jednak mimo wszystko, podczas słuchania zabrakło mi tzw. ekstazy. Pomimo podkreślenia partii basu, to jednak niepotrzebny chór, sprawił, że, Zeig Dich nie jest w moich uszach kompletny.

Ausländer przez swój dyskotekowy charakter mnie powalił. Do tego to żonglowanie i teatralność wokalu Tilla, to jest to! Nie brak, do tego wpadających w ucho riffów. Chórki dzieci też dodają tzw. smaczku. Do tego klip, który się do tego utworu ukazał, idealnie odzwierciedlił liryczny przekaz kompozycji. Co do utworu Sex, to organowe klawisze, okazały się intrygującym otwarciem. Podkreślony bas oraz motoryka gitar, ciekawostką, o której się dowiedziałem, to iż w nieco innej wersji ten utwór był już na koncertach grany. Nie zdziwiło mnie to w żadnej sposób, gdyż jest on utrzymany na odpowiednim poziomie. Z Puppe mam pewien problem. Przez prawie cały utwór nastrój jest umiejętnie budowany, a potem następuje załamanie, bo wokal Tilla zmienia się w połączenie krzyku oraz jęczenia Till, istna mieszanka wybuchowa.

Was ich Liebe, to kolejny przeciętniak. Bo wszystko, co na nim słyszę, już znam. Jeśli słuchaliście Rammsteina kiedyś, wiecie co, mam na myśli. Diamant jedyna ballada, a do tego najkrótsza kompozycja na płycie. Tu akurat zastosowany minimalizm instrumentalny wraz z odpowiednim wokalem Tilla, zbudował odpowiedni nastrój. Kolejna jak nie najlepsza ballada w dorobku grupy. Weit Weg traci u mnie za elektroniczną perkusję, oprócz tego szału nie ma. Przedostatni Tattoo to znowu jeden z moich ulubieńców, zawiera w sobie dobry ukłon w stronę fanów. Gitary oraz rytm znany z najbardziej chwytliwych utworów debiutu Herzeleid, perkusja to Sehnsucht, mam tu na myśli albumy oczywiście, jednakże Tattoo daje drugie życie tym znanym rozwiązaniom. Tak jak mówiłem o mistrzowskim otwarciu, tak w przypadku Hallomann, nie jest aż, tak dobrze, bo choć riff oraz elektronika dają radę, to nie na tyle, aby zdobyć moje uznanie.

Podsumowując. Płytę Rammstein nie do końca określiłbym jako spójną, lecz podzieloną na dwie części. Eksperymentalną oraz ,,dobrze znaną – Rammstainową”. Do tej pierwszej zaliczyłbym Ausländer, Puppe, Zeig Dich oraz Weit Weg. Do drugiej natomiast resztę kompozycji oprócz Tattoo, o którym, dlaczego jest tak wyjątkowy, wspomniałem wcześniej. Co do eksperymentów i badania przekraczania swoich muzycznych granic, szanuję ich bardzo. Wybierając trzy ulubione utwory, miałem problem, ale chłodny osąd okazał się bardzo pomocny. Na pierwszym miejscu znalazł się Ausländer, drugim Tattoo a na trzecim Deutschland. Czy warto było czekać dziesięć lat na najprawdopodobniej ostatni krążek zespołu Rammstein? Zdecydowanie tak. Jedyne co mnie trochę jednak boli, do zbyt duża ilość tzw. przeciętnych utworów z drugiej części albumu, dlatego mimo szczerych chęci, nie jest to aż tak wybitna płyta, aby zrzucić dwa pierwsze albumy z pocztu opus magnum grupy. Choć w porównaniu do Liebe ist für alle da z 2009 roku, jest bardziej chwytliwy i zapadający w pamięć. Do tego okładka, na której jest jedna zapałka, sprawia, że prostota jest nie raz lepsza od przekombinowanej wizji artystycznej. U mnie owa zapałka rozpaliła płomień, może nie dość pokaźny, ale na tyle spory, aby móc się przy nim dobrze ogrzać. Liczę, że utrzyma się bardzo długo.

8,5/10

Striker -Play to Win (2018)

Od jakiegoś czasu miałem ochotę, na spokojnie przesłuchać pewną kanadyjską grupę, o której wiele dobrego słyszałem. Mam tu na myśli zespół Striker, który został założony w 2007 roku. Dość całkiem niezły dorobek 6 albumów jak na 12 lat. Dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami odnośnie do ich najnowszej płyty Play to Win, wydanej 26 października 2018 roku.

Sam początek jest bardzo mocny. Mowa o Heart of Lies, który bardzo trafnie został przez zespół wybrany do roli singla. Tempo riffów gitarowych oraz solówki to doskonała fuzja thrash, oraz speed metalu. Do tego wokal Daniela Clearego, nie zawsze taki oczywisty. Jest ta heavy metalowa energia. Position Of Power zaczyna krótkie elektroniczne intro, potem znowu otrzymujemy to, co wcześniej, czyli kolejną mocną dawkę mocy. Solówka gitarowa w utworze jest naprawdę dobra. Trochę spokojniej, wraz z gitarową solówką, lecz mylącą w dodatku, zaczyna się Head First.

On the Run jest solidną kompozycją. Chórki towarzyszące Danielowi, dają zamierzony efekt. Mam jednak wrażenie, iż, tej energii jest już trochę za mało. Solówki gitarowe się bronią, riffy też niczego sobie, no ale jednak mimo wszystko. Z The Front jest nieco lepiej, choć wokal Dana poszedł tam, gdzie trzeba. Play to Win to powrót do dobrego. Konkretny ładunek mocy, ciekawe podkreślenie basu, pomiędzy wieloma riffami gitar. Krótko mówiąc, opadałem już z sił, a ta kompozycja mnie doładowała. Ze Standing Alone jest już trochę inaczej. Jest to utwór, który jest czymś pomiędzy balladą a pompatycznym hymnem power/heavy metalowym. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, iż, momentami powoduje efekt sztuczności, a raczej niepotrzebnego istnienia. Jest po prostu przeciętny sam w sobie. Summoner to znowu to za czym tęskniłem. Mocny thrashowy riff oraz eksplozja mocy. Właściwy jak dla mnie typ wokalu, dobre dwie solówki. Do tego dobre przejścia i zmiany temp. Dwa ostatnie utwory zamykające płytę to ballady. Obie są inne na swój sposób. Jednak jeśli miałbym wybierać, to lepsza okazała się Heavy is the Heart. Drugą zespół mógł sobie po prostu darować, ale szanuję na odwagę.

Podsumowując. Płyta posiada kilka tak zwanych. „petard” w swoim dorobku. Mam tu na myśli Heart of Lies, Position Of Power, Play to Win oraz Summoner. Są one moimi ulubionym, do których będę wracał na 100 procent. Jest też bardzo dobra ballada Heavy is the Heart. Rozumiem, że grupa na płycie odważnie próbowała połączyć power, heavy, speed oraz glam metal. Wyszło tylko ze speed, thrash oraz heavy. Bo jak dla mnie niewypałem okazały się utwory takie jak Standing Alone oraz kończący płytę Hands of Time. Biorąc pod uwagę jednak fakt lekko eksperymentalnego charakteru tej płyty, będę wyrozumiały. Jednak proszę zespół (Striker), nie popełniajcie już więcej takich błędów. Album byłby wręcz dla mnie idealny bez tych trzech kompozycji, jednak jego spójność oraz przebojowość, bardzo go ratuje w moich uszach. Do tego dość intrygująca futurystyczna okładka, przedstawiająca Cerbera, psa strzegącego świata zmarłych w mitologii greckiej, nie mam pojęcia, jaki to ma związek z tekstami, ale sam pomysł bardzo dobry. Czekam z niecierpliwością na Wasze koncerty w Europie, a zwłaszcza w Polsce lub Czechach. Jak dla mnie wszystkie składowe skłaniają mnie ku jednak bardzo przychylnej ocenie, pomimo tych trzech ,,niewypałów”

8,5/10

Kings Destroy – Fantasma Nera (2019)

Drugi raz Stany Zjednoczone, znowu zespół z Nowego Yorku. Moje ostatnia styczność skończyła się rozczarowaniem. Jednak nie generalizując, znowu z czystej ciekawości, przesłuchałem najnowszy album grupy Kings Destroy zatytułowany Fantasma Nerra, wydany 8 marca tego roku przez Svart Records. Czy zespół mnie zaskoczył bądź rozczarował? Tym bardziej że to ponoć eksperymentalny doom metal. Nie wiem czego się spodziewać, a o dziwo lubię taki stan. Nigdy ich nie słuchałem, zawsze musi być ten pierwszy raz. Czy okazał się udany? Przekonajmy się!

Początek powiedziałbym utrzymany w klimacie blusowo – pustynnym, choć tu mam na myśli brzmienie lekko podchodzące pod stoner metal, mam tu na myśli riffy gitar. Wokal też dość nietypowy, dużo przejść perkusyjnych. Chór wzmacniający wokal nawet tam wrzucili. Tytułowy Fantasma Nerra brzmi już inaczej. Początek jest psychodeliczny, tak jak powinien. Te pustynne riffy oraz breaki są coraz ciekawsze. Do tego aż trzy solówki lekko heavy metalowe? Jest lepiej niż, się spodziewałem. Tylko ten wokal. Intrygujący,

Bardziej przytłaczające są już kolejno Unmake It oraz Dead Before. Riffy gitar, break downy, solówki, a zwłaszcza wokal to podkreśla. Yonkers Ceiling Collapse daje trochę wytchnienia i dodaje odrobinę dynamiki. Początek Seven Billion Drones jest dla mnie dziwny, gdyż jeśli jest to riff gitarowy to jak dotąd najdziwniejszy z jakim miałem do czynienia, brzmiał mi mocno latami sześciedziesiątymi . Ciekawe też są też partie wirtuozerskie. Sam koniec płyty, w postaci You’re the Puppet, Bleed Down the Sun oraz Stormy Times dostajemy dożylnie potrójną dawkę psychodelii.

Podsumowując. Niejednokrotne przesłuchanie tej płyty było dla mnie bardzo specyficznym doświadczeniem, co nie znaczy, iż złym. Odmienność brzmień również. Mam wrażenie, że, przeszłość i przyszłość spotkały się w jednym miejscu. Mam tu na myśli mocną inspirację Black Sabbath (w sumie swego rodzaju pioniera doomu) oraz dźwięk gitar z lat sześćdziesiątych. Poczułem się jak hipis, w zależności co wziąłem. Oczywiście żartuję. Nie bierzcie tego całkiem serio. Płyta jest spójna, przekaz bardzo głęboki. Jednak pomimo melancholijnego wydźwięku, wokalista jest osobą, która jak dobry przyjaciel dodaje otuchy podczas przeżywania cięższych chwil w życiu. Właśnie takim ,,przyjacielem” będzie Stephen Murphy. Dzięki tej płycie doznacie oczyszczenia ze wszystkich swoich problemów. Odczujecie Je, a potem Je pokonacie. Album polecam w ciemno, gdyż mnie zachwycił pod każdym względem. Jak dla mnie jest to mocny kandydat do najlepszej doomowej płyty tego roku w moim odczuciu.

10/10